My fanfiction and other random ramblings

my thoughts on how to write (or not)

Posts Tagged ‘polish

Do odchodzących/To ones who leave

leave a comment »

Kiedy ktoś umiera, mówimy

“Miał swoje lata”, “Swoje przeżyła”

Ale to tylko wyjaśnienie

A nie usprawiedliwienie

Kiedyś was dogonimy i powiemy

Jak bardzo nam przykro

Że zostawiliście nas samych

Chwilę na nas poczekacie, oczywiście.

 

When someone dies, we say

“He was getting on in years”, “She did live through a lot”

But it’s just an explanation

Not a justification

Someday we’ll catch up and tell you

How hurt we were

When you’d left us behind

You’ll have to wait a while, of course

Advertisements

Written by Srebrna

2015/01/05 at 03:45

Posted in Poems

Tagged with , , , , ,

Lądowanie

leave a comment »

Obcy byli cierpliwi.
Trzeba im przyznać, wysłali jako forpocztę dość interesujące oddziały.
Strach, który powoli, z miesiąca na miesiąc, opanowywał Ziemię, miał wiele form.
Nasza lokalna forma wyglądała jak dobrze wyrośnięta, smoliście czarna hiena z psychotycznym uśmiechem Kota z Cheshire i wielkimi, żółtymi ślepiami. Po kilku godzinach w jej towarzystwie miało się wrażenie, że hieny z Króla Lwa to przyjemne i łagodne stworzonka.
Hieny z Króla Lwa nie były zmiennokształtne.
Nasza hiena – tak ją nazywaliśmy, mimo zaledwie miesięcznego pobytu na tej placówce – miała trzy formy, o których wiedzieliśmy. Wspominana już czarna bestia, potwór wyglądający jak pionowa kałuża czarnych macek i śluzu oraz słodziuśki, grubiutki szczeniaczek. Dwie pierwsze postacie znakomicie broniły się w razie ataku, a trzeciej zwyczajnie nikt nie miał serca skrzywdzić.
Cholera była nadzwyczaj inteligentna, aż podejrzewaliśmy ją o śladową telepatię.

Skończyłam właśnie spotkanie z kilkunastoma innymi sekretarzami obozów i zamykałam za ostatnim drzwi, kiedy poczułam na łydce ciepły, wilgotny oddech. Znaczyło to, że tym razem prezentuje światu szczeniaczka. Nie lubiłam żadnej z form – panicznie boję się psów, każdej rasy wyższej od jamnika – więc szczeniaczek też do mnie nie przemawiał. Patrzyłam jednak na niego uważnie, wiedząc, że dopóki patrzę, to się nie zmieni. Taki mały sekret ich fizjologii. Nie mogą nic zrobić, dopóki nie odwrócisz wzroku. Cóż, każde dziecko już teraz wie, czemu należy patrzeć uważnie na wszystkie mijane zwierzęta.
Zmiana trwała chwile, więc zwykle miało się niezerowe szanse na ucieczkę, a nasza hiena jeszcze nikogo tak naprawdę nie wykończyła. Tylko pokiereszowała kilku mniej uważnych strażników.
Jest jednak problem z oddaleniem się od niej, zwłaszcza jeżeli idzie te pół piętra za tobą. Pierwszy raz w życiu schodziłam tyłem sześć pięter. Ludzie idący niżej oglądali się z niepokojem, ale zamachałam, żeby się ulatniali, w razie gdyby czarna zaraza usiłowała skakać.
Prawie jej uciekłam. Niestety, była nadzwyczaj zwinna we wszystkich formach (po drodze cichcem zmieniła się w hienę właściwą, kiedy się potknęłam) i zdołała się wymknąć, zanim zatrzasnęłam drzwi. Zacisnęłam zęby i złapałam ją za skórę na karku, po czym żołądek mi się zbuntował, bo niespodziewanie zmorfowała na moich oczach, znów w szczeniaczka. Nie był on wcale od hieny mniejszy, za to grubszy i bardziej puchaty. Zaletę miał taką, że domorfowała mu obrożę.
Złapałam za obrożę i wepchnęłam skomlącego potworka z powrotem do korytarzyka. A potem to już było tylko otworzyć drzwi, wepchnąć szczeniaczka, zamknąć drzwi, otworzyć drzwi, wepchnąć szczeniaczka, zamknąć drzwi. Byłam gotowa przysiąc, że ona jest z rtęci. Albo żelatyny. Przesmykiwała się przez szparę w drzwiach, z której może mysz mogłaby skorzystać.
Patrzyła na mnie z wywieszonym ozorem, a z całej jej wrednej postaci emanowało jedno wielkie “co mi zrobisz”. W końcu poddałam się, zakładając że jeżeli chciałaby mnie zeżreć, to miała dość okazji przez ostatnie dwadzieścia minut, więc najwyraźniej się ze mną droczy. Jest zatem szansa, że dotrę na miejsce zbiórki cała.
Spacer parkiem przy ośrodku był zwykle dość przyjemny – ponoć dawniej bywały tu konferencje naukowe, na których frekwencja na salach dochodziła najwyżej do dziesięciu procent, bo uczestników nie dało się zagonić do budynku, jak już się rozpełzli po terenie. Tym razem jednak towarzyszyło mi urocze stworzonko, którego wzrok czułam jak fizyczny dotyk na plecach. Na dodatek raz na czas dobiegał mnie odgłos jakby zbiorowego strzelania palcami przez oddział znużonych pracą maszynistek, połączony z bardzo organicznym, wręcz śluzowatym dźwiękiem zasysania/przedmuchiwania – to hiena morfowała pomiędzy swoją postacią właściwą a hieną.
Nawet nie próbowała mnie dotknąć macką, co nie zmieniało faktu, że spacer był nader niekomfortowy.
Pod namiotem jadalni zgromadzili się już przywódcy okolicznych obozów, a Hania rozdzielała punkty kolejnym zastępom. Westchnęła na mój widok, lekko przewracając oczami, ale kiedy do namiotu wszedł za mną kłąb macek i amorficznych paszcz, pokiwała tylko głową ze zrozumieniem.
– Irena, wasza grupa będzie kursować pomiędzy sześcioma punktami na dużej polanie. Z wyliczeń wynika, że tam jest niskie prawdopodobieństwo lądowania, więc nie musimy mieć pełnej obsady, ale w razie czego wiecie, jak się rozstawić, żeby uzyskać dziewięćdziesiąt procent siatki.
Obcy wykonali już kilka prób lądowania. Szczęśliwie dla nas byli dość tradycyjni pod tym względem i trzymali się dat w okolicach przesileń, równonocy i tym podobnych. Astronomia przechodziła w tym roku niespodziewany renesans. Niestety dotyczyło to również astrologii, wróżbiarstwa, numerologii i innych nauk podejrzanych (zwanych przez praktykujących je “niezależnymi”).
Nasza misja opierała się jednak na tonach papierów dostarczonych przez zespół fizyków, astronomów i historyków, którzy skorelowali miejsca i czasy prób lądowania obcych z kilkoma dawnymi świętymi gajami (na przykład pod Wawelem) i kurhanami (pech, że w Nowej Hucie) oraz początkiem wiosny.
Mechy obcych, spadające znienacka prawie że na dzieciaki topiące pod Wawelem Marzannę dały podstawę do obliczeń i estymacji, które sprowadziły cały nasz szczep do tego parku na miesiąc przed Nocą Kupały. Mieliśmy tu czekać, w odpowiednim momencie wyjść w pole i stanowić blokadę.
Znów szczęśliwie dla nas, obcy mieli wyraźne opory przed lądowaniem na istotach żywych.
Patrzyłam na interaktywną mapę, na której Hania oznaczała najbardziej prawdopodobne – według komendy i naukowców – punkty lądowania. Nasza polanka miała kod zaledwie pomarańczowy, niskie ryzyko.
– Haniu? – ktoś z drugiej strony pochylił się nad mapą. – Czemu wszystkie czerwone punkty są ułożone w jednej linii?
Komendantka obozu wzdrygnęła się.
– Takie mam dane – zgrzytnęła.
Nikt nie mówił tego głośno, ale po miesiącu zabaw w terenie domyśliliśmy się, że prawdopodobne lokalizacje zostały wyznaczone zgodnie z przebiegiem linii geomantycznych. Oczywiście oficjalna dokumentacja zawierała kilometry kalkulacji i skomplikowanych objaśnień. Podejrzewaliśmy, że dlatego też podzielono teren na tak małe odcinki dla każdego zespołu – na naszym kawałku mapy ledwo dało się zauważyć, że najważniejsze punkty tworzą coś poza luźnym zgrupowaniem.

Czekałyśmy na naszej polance i marzły nam nogi. Czerwiec czerwcem, ale o piątej rano nigdy nie jest ciepło.  Szczęśliwie nikt nie upierał się przy tym, żebyśmy się jeszcze wystroiły w pełne umundurowanie, więc dziewczyny siedziały na zrolowanych karimatach w spodniach od dresu i polarowych kurtkach w kolorach szczepu i tylko nasze berety zdradzały jakąś konkretną organizację.
Rozwinęłam e-papier z mapą i zsynchronizowałam dane. Wciąż żadnych śladów lądowania w naszym sektorze.
– Myślę, że będzie cisza – westchnęła Anka. – Zawsze trafiam na te miejsca, gdzie nic się nie dzieje. Kiedyś spędziłam cały dzień na Białej Służbie i nikt nawet wody nie chciał. Jak pilnowałam przejazdów, to zawsze się okazywało, że była zmiana trasy.
– Kiedyś musi ci się trafić – pocieszyła ją Zenia.
– Szczerze mówiąc, wolałabym żeby to nie było dzisiaj.
No i nie było, przynajmniej nie dla nas.
Koło dwunastej nadszedł sygnał, że zaobserwowano w okolicach Skałki pierwsze próby. Tamtejsza drużyna, współpracująca z mnichami, rozstawiła się w pełnej siatce po okolicy, na tyle gęsto, że lądujący mega-robot nie zdołał znaleźć dość miejsca. Co ciekawe, nie przeleciał na drugą stronę i nie wylądował na bulwarach zaraz obok, mimo że tam nie stał nikt.
Po pierwszej nad lasem o pół kilometra od nas pojawiły się pierwsze punkty światła. Trzy utrzymywały się dobre dwieście metrów ponad koronami drzew, ale jeden powoli i ostrożnie zszedł jednak na tyle nisko, że przez lornetkę mogłyśmy wypatrzyć szczegóły.
Robot był lśniący, głównie na zawiasach, czy też stawach. Ogólnie humanoidalny, dwie kończyny dolne, dwie górne, coś jakby głowa. Na większej części powierzchni pokryty był jednak czymś dodatkowym, niezbyt wyraźnym. Poprawiłam ostrość lornetki.
Pokryty był gęstym różowym futerkiem.

– Jednak im się udało.
Hania patrzyła ze złością na mapę, na której główny komputer wykreślał już linie straż i teren ewakuacji.
– Już przyszła informacja z komendy, nie są zachwyceni. Za godzinę będzie tu grupa negocjacyjna ze specjalistami wojskowymi. Do tego czasu mamy się zwinąć i przygotować do zdania całą dokumentację naszych manewrów. Mają nam za złe, że puściliśmy nawet jednego. Reszta odleciała, czym też nie są zachwyceni, ale przynajmniej tego nie mogą zwalić na nas.
Złapałam kolejne pudło i przewlokłam pod jej stolik.
– Jak Jurek i Zośka?
– Pokiereszowani, ale żywi. Już polecieli do szpitala wojskowego, podobno pobrać próbki z ran, w razie gdyby coś się tam miało rozwinąć – przegarnęła włosy obiema dłońmi, tworząc rozkudłany rudy kłąb symulujący kok. – Nie rozumiem, co jej odbiło.
– A rozumiałaś cokolwiek, co robiła?
Wzruszyła tylko ramionami.
Trochę żal było czarnej cholery, bo przyzwyczailiśmy się do niej. Dość dziwne ze strony obcych, że wylądowali dokładnie na niej – żywa istota, jakby nie było – kiedy już odpędziła Jurka i Zośkę z ich wyznaczonego punktu.

Obcy, kiedy już zdołaliśmy się z nimi porozumieć i kiedy nasze pytanie doczekało się swojej kolejki, zamrugali ponoć wielkimi oczami i przyznali, że zupełnie nie rozumieją. Nie lądowali na ludziach i zwierzętach, bo kiedyś zaindukowali tutaj przez przypadek jakiś kult i mieli poczucie winy wobec biednych wiernych, którzy zbierali się w świętych gajach i na polankach. Jednak kiedy podchodzili do lądowania tym razem, ich czujniki nie zarejestrowały niczego na tym kawałku pola, więc spokojnie dokończyli manewry.
Całym celem ich wyprawy było, jak stwierdzili, wyjaśnienie miejscowym, że nie są bogami. Byli uszczęśliwieni zapewnieniami ze strony naszych polityków, że nie czujemy się urażeni i że poradziliśmy sobie z tym zagadnieniem jakiś czas temu.
Wygląda na to, że ich odmiana komisji etyki w oddziałach zwiadowczych dotarła do raportu z Ziemi i, w panice, kazała wystawić całą flotę, która poleci i naprawi tragiczne skutki nieostrożności członków poprzedniej wyprawy. Ponieważ biurokracja na każdej planecie jest sprawą raczej powolną, w sumie zajęło im to nieco więcej czasu, niż się spodziewali.

Po przesunięciu wielkiego, różowego, kudłatego mecha, znaleziono szczątki czarnej hieny. Wyraźnie została złapana w trakcie morfowania, bo widać było częściowo ślady po szczeniaku.
Pobrane próbki poleciały do Moskwy i Londynu na analizę. Obcy również zebrali kilka i zamknęli się w swoim laboratorium na kilka godzin. Kiedy już ich dowódca wyszedł, trzymał się blisko robota-lądownika i był sam.
Strażnikowi, pilnującemu polany, oddał plik dokumentów i poklepał go po łokciu. Zamrugał wielkimi oczami na czubkach grubych czułków i wycofał się z powrotem.
– Mamy nadzieję, że sobie poradzicie – zatrzeszczało jego pudełko tłumaczące. – Odwiedzimy was niedługo.

Ci inni obcy też byli cierpliwi. Tylko że ich mechy miały macki.

Written by Srebrna

2014/12/27 at 02:33

Posted in Originals

Tagged with , , , ,

[PL] Rozerwanie

leave a comment »

Czyli coś o leśnej elfce, która kocha morze.
Wiatr w koronach drzew zawodzi jak duchy potepionych, skazanych na wieczna tulaczke. Zimno przenika moja skore, lecz nie zimno wiatru, tylko leku. Leku, ktory zrodzil sie w dniu, gdy po raz pierwszy o wlos uniknelam smierci.

Nigdy juz nie pozbede sie go, niegdy nie przestane ogladac sie przez ramie, podskakiwac na kazdy odglos. Nie bede spokojna, nie moge utracic czujnosci, musze wypatrywac zagrozenia. Jedynym ukojeniem dla serca i skolatanej duszy jest muzyka. Muzyka i natchnienie, ktore rodzi poezje. Lecz poezja nie jest ukojeniem, poezja tylko rozszarpuje glebiej rany w moim sercu. Rany, ktore zadalo mi zycie, ktore zadalam sobie sama.

Muzyka niesie spokoj, lecz to spokoj zludny, bo jak mozna byc spokojnym gdy za kazdym kamieniem moze czaic sie smierc? Gdy zza drzewa moze wychynac twarz pozornie przyjazna, twarz brata, ktora okaze sie byc twarza zaglady i zdrady? Gdy kazdy, niby niewinny szelest moze niesc ze soba wiesc o smierci? Muzyka daje ukojenie na chwile, gdy gram, gdy zapominam, kim jestem, gdzie jestem i czemu powinnam sie bac. Kiedy milknie, znow strach przychodzi po mnie, zabiera spokoj i lagodnosc, zostawia napiecie, lek i rozpacz.

Wiatr wyje, jakby plakal, jakby zalowal mojego spokoju, niewinnosci duszy i utraconej lagodnosci. Ale ja mu nie wierze, wiatr tez mnie zdradzil, jak wszystko inne, jak ziemia… Z kazdej strony moze czekac pulapka – wiatr zaglusza kroki zabojcow, ziemia wycisza uderzenia kopyt. Tylko drzewa mnie jeszcze nie zdradzily. Drzewa, stojace wiekami, bedace zarazem przemijaniem i trwaniem, wiecznoscia i chwila… Lisc zerwany z drzewa znika ze swiata w kilka tchnien, drzewo rosnie wiekami, stajac sie pewna podpora. Tylko na nich mozna polegac, tylko im moge zaufac, tylko drzewa nigdy nie zmieniaja twarzy.

Drzewa… Najwyzsze, najwspanialsze, najstarsze… Drzewa, ktorych nie obali dlon ludzka czy jakakolwiek inna, miedzy ktorymi skryc sie moge kiedy bol i lek wladaja moja dusza, drzewa! Pokryte kora, ktorej zaglebienia to historia minionych lat, same staja sie historia, terazniejszoscia i przyszloscia. One staly wczesniej niz pierwszy z nas ujrzal gwiazdy i upadna jako ostatnie, gdy juz nikt zywy nie bedzie mogl patrzec na to… Gdy juz wszyscy zapomna kim byli, skad przyszli, dokad podazali. Gdy juz zycie nijakie na swiecie istniec nie bedzie, poza nimi, drzewami, istotami wiecznosci.

Wiatr szarpie ich koronami, jakby chcial je ukarac za to, ze kryja mnie w swych ramionach. Moze zazdrosci im tej pewnosci, stania, trwalosci? Nie obchodzi mnie ten zdrajca… Chce sie przytulic do kory drzew w Najstarszej Puszczy, bo one sa najwierniejsze. Inne sa mlode, inne nie pamietaja, a te! Te zawsze pamietac beda czasy gdy to one wladaly znanym swiatem! To one widzialy pierwsze kroki i slyszaly pierwsze slowa. One patrzyly jak modlilismy sie do slonca, ksiezyca i gwiazd, jak odkrywalismy siebie nawzajem… Widzialy jak bratalismy sie z innymi, jak klocilismy sie i zdradzalismy, jak powracalismy… Upadaly krolestwa, nastawaly nowe, a one wciaz patrzyly z niezmierzona cierpliwoscia nieskonczonosci.

Drzewa nie zdradzaja. One sa na to zbyt madre. Czekaja, az powrocimy do nich, az znow uwierzymy w slonce, ksiezyc i gwiazdy, w cisze i spokoj ich konarow. W lagodnosc duszy.

Drzewa niosa mi ukojenie. Najstarsza Puszcza jest najwspanialsza kolebka dla mojego zmeczonego serca. Tylko tu moge nie myslec, nie ogladac sie za siebie. Tylko tu, wsrod najmadrzejszych istot swiata.

Kule sie w zalomie konaru wielkiego debu i patrze ponad koronami innych drzew. I nawet tu, w sercu Brokilonu, jestem rozdarta na pol. Nie wiem, gdzie pojsc, czy zostac i zaszyc sie w lasach czy wyjsc na zewnatrz i znow sie bac… Czy podazyc tam, gdzie drugi raz w zyciu uslyszalam ten sam szum, ta sama piesn wiecznosci i spokoju? Patrze na korony drzew i widze je, ale ich nie widze, a przez nie widze fale morskie, zielenia bogate jak korony drzew pode mna. Serce mi bije, bo niemal juz na horyzoncie pojawiaja sie biale zagle, na widok ktorych niegdys usmiechnelam sie ze spokojem od tak dawna nieznanym. Biale zagle lekkich, morskich statkow, niesionych wiatrem i fala. Wiatrem, ktory zdradza, fala, ktora jak liscie i drzewa, wiecznoscia jest i przemijaniem.

Fala ulotna jak piorko, jak listek, jak pyl, morze odwieczne, istniejace, niepokonane.

Dusza moja placze, gdyz wybor jest srogi, a jezeli jedno z nich pokocham bardziej, drugie nigdy juz nie przyjmie mnie do siebie. Nie zaznam spokoju w lesie, jezeli zamieszkam na morzu, nie zaznam spokoju wsrod fal, gdy zostane tutaj… Cierpienie wycina blizny na mojej duszy. Nie moge, nie moge wybrac… Zal dusi mnie, nie moge, nie moge… Nie moge zostawic drzew, nie moge porzucic morza… Coz mi po morzu, jezeli drzewa nie beda chcialy juz ze mna rozmawiac, coz mi po drzewach, jezeli fale nie zechca mnie kolysac?

Co czynic, gdy dusze rozerwana mam na dwoje, gdy serce w dwie strony ciagnie, samo nie wiedzac czego chce od swiata? Co wybrac, gdy od wyboru zycie zalezy…?

Muzyka przynosi ukojenie…

Written by Srebrna

2014/06/18 at 00:00

Posted in MUD/RPG

Tagged with , , ,

[PL] Osnowa rzeczywistości

leave a comment »

Kiedyś Arkadia została wyłączona i bardzo długo czekaliśmy na jej powrót.

Delikatna, pastelowa mgla unosila sie dookola. Ile to juz dni? Trudno zliczyc… wszystko takie samo, lagodne, usypiajace, uspokajajace… Mysli zwalniaja, a wola zanika… Swiat staje sie obojetny… Zreszta, jaki swiat? Ta mgla wokol? Ja… Jaka mgla…?
Cisza, zaklocana zaledwie cichym szmerem jakby ocierajacych sie o siebie warstw delikatnej tkaniny… Cisza, przejmujaca cialo do kosci, uspokajajaca krew, spowalniajaca mysli, odbierajaca zainteresowanie… Cisza, zabijajaca wspomnienia i chec do zastanawiania sie…
Przestrzen, ktorej umysl ani wzrok nie sa w stanie objac… Zreszta, po co obejmowac… niech sobie bedzie. Wielkosci niewyobrazalne dla smiertelnego umyslu. Ale czymze jest roznica miedzy blisko i daleko? Czym rozni sie smiertelnik od niesmiertelnego? Czym zycie od smierci…?
Tu? Bo gdziez jest tu? Nigdzie… to miejsce na raz nie istnieje i istnieje, wszak jest tu, lecz nie ma jej nigdzie… Istniec tu byloby niemozliwe, powietrza brak i brak zycia, lecz jest tu, ale tu nie ma nigdzie… Nie, nie myslec, nie zastanawiac sie, nie rozumiec, nie poszukiwac… Istniec i nie pytac jak i czemu…
Unoszenie… A moze opadanie? Lecz co to za roznica, gdy cialo nie jest cialem? Gdy dlonie nie sa dlonmi, nie majac czego chwytac? Gdy nogi nie sa nogami, bo nie maja na czym stanac? Gdy glowa nie jest glowa, bo mysli plynac nie chca…? Coz tedy za roznica dla mnie, gdzie jestem, co sie dzieje…?
Kim jestem?
Mgla wciaz ta sama… ilez czasu uplynelo? Nie zliczysz… ni dnia, ni nocy roznicy nie widac, snie z otwartymi oczami, ktore nie istnieja, sniac sny, ktore niczym od jawy sie nie roznia, bo wspomnien w nich nijakich nie ma, jeno ta mgla i mgla ciagle…
Mgla wciaz pastelowa… delikatna, ale nie jasna, nie ciemna, nie jaskrawa… Nijaka. Ani szara, ani niebieska… Miejscami gestsza, miejscami rzadsza…
Delikatna, cienka nic przeplynela leniwie przed jej oczami, niemal nie zwracajac na siebie uwagi… Nastepna byla zielonkawa i miala smak jablka.
Smak? Tu? Znaczy… gdzie?
Kolejna przydryfowala z drugiej strony, zrobila supelek i zawrocila, zostawiajac powiew morskiego wiatru.
Hmm…
Mgla pojasniala… A przynajmniej tylko tak sie to dalo okreslic… Gdzies z daleka dobiegl ja cichy dzwiek, jakby bicie dzwonow.
Kap… Woda? Skad tu woda? Nie… Nie woda. Krew. Moja krew? Moja… co? Czyja? Gdzie…?
Kolejna nic byla juz grubsza… czerwona.
To pewnie ta krew.
Jaka krew? Co sie…?
Zaaaaaraza…
Kilka nitek zderzylo sie niedaleko i kazda odplynela w innym, a jednoczesnie tym samym kierunku.
Mysli zaczely pracowac nieco szybciej, lecz ciche dzwieki od razu je uspokoily…
Czeeeeeeeeeeekaaaaaaaaaaj…. Czeeeeeeeeeeeekaaaaaaaj… Spiiiiiiiiiijj… Jeeeeeeeszczeeeeeeeee nieeeeeeeeee czaaaaaaaaas…
Kolejne nitki byly nieco szybsze. Jedna z nich zarzala…
Kilka zielonych sklebilo sie i zlepilo w jedna…
LISC??? TU???
Gwaltowny ruch przesunal wiecej nici do liscia, ktory sklejony z nimi powoli tworzyl galaz…
Osnowa rzeczywistosci.
Slowa zabrzmialy w jej uszach donosnym hukiem, a bebenki zabolaly.
E… Co? Przepraszam, ZE CO?
Aj… Moje ucho.
Szept dobiegl ja z oddali.
Kto tu jest?
Cisza.
Zielone nitki splotly kolejny lisc. Wygladal calkiem niezle, zwlaszcza ze galaz do ktorej byl przyczepiony, bardzo dobrze przypominala drewno.
GALAZ???
Z nicosci wylanialy sie powoli kawalki roslin, kamieni…
Cale drzewo przedryfowalo obok niej, gdy w zdumieniu wpatrywala sie w pojedyncze ptasie skrzydlo, z ktorego nastepne nici utkaly ptaka. Ten odlecial, zostawiajac za soba nici szumu skrzydel i szarosci piorek.
Nagle kilka nici oplotlo jej nieistniejace dlonie i zaczelo wiazac sie w malenkie, gladkie supelki…
Mgla gestniala, wypluwajac z siebie bezglosnie pojedyncze cienie i ksztalty… Nagle do umyslu, ktory zarazem nie istnial, myslal i wlasnie sie tworzyl, dotarla cichutka, jakby niepewna mysl.
Wracamy?
CO, “WRACAMY”?
Aj… Ciszej…
Znowu jakies nici… niebieskie…
Ostrozna, jasna nitka swiatla zwinela sie w kolko i zawisla pytajaco nad jej glowa. Dtuga owinela sie wokol niej, potem nastepna, tworzac niewielki rogalik, peczniejacy z chwili na chwile. Swiatlo bijace od niego rozjasnilo pozostale nitki, a ksztalty i cienie nabraly wyraznych, dobrze rozroznialnych kolorow.
Znanych kolorow.
Kolorow lasu i nieba.
Potrzasnela glowa, a stworzone z nicosci wlosy zafalowaly po raz pierwszy od niepamieci.
Strzepy mysli poplynely szybciej i zawirowaly w radosnym tancu rozpoznania… Wiazac sie nicmi przezroczystymi i leciutkimi tworzyly spojna calosc a potem zaplataly sie w ciagi logiczne.
Drzewa trafialy na swoje miejsca w realnosci a liscie zaczynaly szumiec muskane nicmi wiatru, biegnacymi by polaczyc sie w podmuch. Ptaki zaczely spiewac, poczatkowo bezglosnie, a potem ciagnac za soba nitki cichych dzwiekow.
Wszystko nabieralo spoistosci, a jej wlasne dlonie coraz to przyciagaly do siebie nowe nici, stajac sie bardziej i bardziej rzeczywistymi z kazda chwila i kazda nicia…
Nagle jej stopy… stopy? Uderzyly o powierzchnie, a nagie kolana otarly sie o cos szorstkiego. Na razie nie mialo to jeszcze koloru, lecz pod palcami wyczuwala deski. Wokol szumialo. Cos, co na razie mialo tylko dzwiek, a nie kolor czy ksztalt. Drzewa ucielesnialy sie, a fragmenty rzeczywistosci zahaczaly sie na swoich miejscach i wplywaly powoli pomiedzy inne, uzupelniajac obraz. Do szumu doszedl zielony kolor i wilgoc, a do powiewu zapach morza i drewna. Ciche spiewy ptakow nieco sie rozproszyly, ale za to staly sie wyrazniejsze.
Przetarla twarz i odgarnela wlosy z oczu. wszystko powoli stabilizowalo sie…
Obok ktos jeknal.
Obrocila sie, pociagajac za soba czesc rzeczywistosci, wyszarpujac z wiatru kilka nitek powietrza, ktore splataly jej wlosy w loczki.
Elfka stojaca tam wlasnie sie odtwarzala. Spojrzala na nia polowa oka, przykryta kilkoma zawiazujacymi sie wlosami.
– Co… co to bylo? – dobiegl ja cien glosu.
Usmiechnela sie i wskazala na niebo, ktore zasnuwaly pierwsze nici chmurek.
– Chyba… chyba wrocilismy…
Nad Wyspami wschodzil pierwszy swit nowego swiata. Pierwszy swit na nowo utkanej rzeczywistosci, ktorej cienkie nitki Niesmiertelni spletli swa moca i palcami i wrocili Smiertelnym aby ci mogli zyc i istniec. Pierwszy swiat od czasu gdy Wielki Blad zachwial rownowaga Swiata i wysnul najwazniejsza nic z kobierca nici Rzeczywistosci.
Pierwszy oddech nowym powietrzem byl jak uderzenie.
A potem wszyscy znow zaczeli zyc naprawde.

Written by Srebrna

2014/06/13 at 00:00

Posted in MUD/RPG

Tagged with , , ,

[PL] Narodziny – gory

leave a comment »

Czyli pierwsze krasnoludy

Gdysmy sie obudzili dnia onego pod niebem blekitnym a jasnym, gory wznosily sie wokol nas surowemi jeszcze kamieniami, a lasy, co one gory porastaly, pelne zwierzyny wszelakiej i jagod byly pelne. Szlismy tak naprzod, powoli, z podziwieniem na cuda one spogladajac, a rece tych, co w kamieniu pozniej pracowac mieli, same sie do roboty rwaly. Kiedysmy doszli do polanki, gdzie usiasc i wygodnie odpoczac mozna bylo, rozgladalismy sie z podziwieniem, jak tez piekne i zachwytu godne sa wysokie gory, jakie cudne stad widac naokolo rzeczy i jako nam dobrze bedzie w onych gorach mieszkac. Slow jeszcze na nie nie mielismy, w pierwszym dniu zycia naszego dziecmi swiata bedac mlodemi.

Rzeka o nas, ize krasnoludy na kamieniu sie rodza, a kobiet krasnoludzkich nie ma i nikt takich nie zna. Lez mowia, bo sama kobieta jestem, z rodzicow krasnoludzkich pochodze, a kazdy z nas jak i ojca, tak i matke mial. Wtedy i kobiet bylo kilka, wszak ktos rod nasz zaczac musial. Byly one i podobne do swoich mezow i braci i niepodobne naraz. Tego samego wzrostu i postawy, lecz glosow i dloni delikatniejszych, a brod nie noszace (o co niektorzy zwykli nas pomawiac).

Noc jednak nadeszla, slonce za gory powoli sie zsunelo, a my zasypialismy, nie majac jeszcze domu ni nijakego schronienia nad glowa dla siebie. Gwiazdy patrzyly wiec na dzieci gor, mrugajac swemi jasnemi oczyma, a my spalismy spokojnie, ufni w swoja sile i bezpieczni, w samym sercu gor.

Ze switem, gdy slonce wrocilo, podzielilismy sie na wiele grup, wedle zainteresowan, mozliwosci i umiejetnosci, jakie kto w sobie odkryl. Jedni kuli w skale i ci mieli znalezc jaskinie, w ktorych by mieszkac mozna. Inni tajniki metalu odkrywali i bron oraz narzedzia tworzyli. Jeszcze inni sie jeli polowania, tworzenia zbroic czy ozdob. Niektorzy zas, w walce z zagrozeniami widzac swoje zycie, wojennym cwiczeniom sie oddali.

Zawsze wsrod skal zywot swoj pedzac, jako skaly stalismy sie twardzi. Jako dzieci gor, hardzi i wyniosli bywamy, jak one wynosza sie ponad wszystko. Odporni na niepomyslnosc losu i przeciwnosci zycia, dumni jestesmy i oszczedni w slowach.

Tako nas widza z zewnatrz, niekiedy jednak dume i oszczednosc w slowach na glupote i tepote mieniajac, a hardosc z bezczelnoscia mylac. Tako nas medrcy w Oxenfurcie pisza i tak sie nowych studentow uczy.

Coz tedy rzec mozna ze slow prawdy…?

Written by Srebrna

2014/06/08 at 00:00

Posted in MUD/RPG

Tagged with , , , ,

[PL] Narodziny – gwiazdy

leave a comment »

Czyli pierwsze elfy.

Gdy obudziliśmy się tego dnia, pierwsze ujrzeliśmy drzewa. Drzewa i ich liście, przeszywane promieniami słonecznymi. Plamy słońca kładły się na cudownie zielonej trawie, pachnącej ziemi, korze drzew, pełnych błękitach strumieni i na nas samych, zachwyconych otaczającym nas pięknem i sobą.

Jak dzieci cieszyliśmy się tym, co wokół nas żyło i rosło. Pośród drzew biegaliśmy, w radości pierwszej, nie znając jeszcze ich imion, nie umiejąc nazwać siebie wzajem, lecz ciesząc się pięknem otaczającego nas świata. Stawialiśmy niezgrabne, niepewne kroki w wielkim tańcu wszechrzeczy, gdy słońce powoli wznosiło się nad nasze głowy.

Południe, gdy słońce stało nad nami, oblewając blaskiem i ciepłem wszystko wokół, przywitaliśmy na skraju lasu. To, że las się kończy, zdziwiło nas, bo przywyknąć już zdążyliśmy do tego, że las jest wszędzie i tak nam się zdało, że jest wszędzie. Zatrzymaliśmy się, a w tych kilku udereniach serca słońce dotarło do zenitu i znów zaczęło wędrować, lecz tym razem po zachodniej stronie nieboskłonu. Jego długie, jasne promienie wdzierały się między pnie, tworząc cienie, w których kryliśmy się, zadziwieni nowym pięknem i krainą wzgórz, która rozpościerała się przed nami.

Szmaragdowe i niemal błękitne połacie ciągnęły się na setki i tysiące kroków, a za nimi najbystrzejsze oczy dojrzały inne lasy i inne wzgórza, a za nimi – cały cudowny świat.

Staliśmy więc tak, a słońce chyliło się ku zachodowi, a gdy czerwieniało już nad najdalszym wzgórzem, pobiegliśmy za nim, bez tchu, chcąc dogonić cudowne światło, zrozpaczeni, że już go nie ujrzymy.

Jednak zanim zdołaliśmy dobiec na szczyt pierwszego wzgórza, słońce zaszło.

Załkaliśmy z żalu, lecz nasze łzy obeschły szybko. Nad naszymi głowami pojawiły się pierwsze gwiazdy.

Written by Srebrna

2014/06/03 at 00:00

Posted in MUD/RPG

Tagged with , , , ,

[PL] Dzień z życia Sigmarczyka

leave a comment »

– Pobuuuuuuuuuuuudkaaaaaaa!!! – rozdarl sie wartownik na glownej bramie zamku. – Swiiiiiitaaaaaaa juuuuuuuuuz!!!

Iron steknal i rzucil w kierunku okna jakies niewybredne przeklenstwo.

– Glupek zobaczyl ognisko i zdaje mu sie ze to slonce wschodzi…

Jednak na potwierdzenie okrzyku wartownika z wiezy zamkowej rozlegly sie dzwieki dzwonow.

– Wstawac, bracia! Swiiita juuuz! Nowy dzien wstaaaje! Pobuuudka!!!

Drzwi z trzaskiem otworzyly sie i swiatlo z niesionej przez pacholika pochodni oblalo bogato uslane poduchami loze Marszalka, oswietlajac dwa skulone ksztalty po obu stronach krasnoluda. Dwie mlode sluzace, przydzielone do ogrzewania loza (i uprzyjemniania bezsennych nocy) Irona zerwaly sie i, narzuciwszy zgrzebne szatki, wybiegly na korytarz. Tam spotkaly kilka innych, w podobnie niedbalym stroju opuszczajacych pokoje (a raczej komnaty) innych czlonkow Kapituly Zakonu.

– Wielki Marszalku, co na dzis przygotowac? Wasza Milosc zyczy sobie balii?

– Nie, w tym tygodniu juz sie mylem… Zwykla szate, cos niezbyt bogatego… bez diamentow tym razem.

Po obleczeniu sie w elegancki stroj, wyszedl na korytarz i zajrzal do rownie wygodnie urzadzonej komnatki Seneszala, ktory wlasnie plawil sie w goracej wodzie nalanej do wielkiej balii, a cztery sluzace… hmmm… pomagaly mu. Miedzy innymi myc sie. Miedzy innymi.

– Pospiesz sie, Ghar, bo trza braciszkow zebrac i sprawdzic, co nam jeszcze do ubicia z pomiotow chaosu zostalo.

– Zaaaaaaraz… Chaos nie krolik, nie ucieknie… – muknal rozleniwiony Seneszal. – Niech no one tylko skoncza…

– Jasne, i znow do poludnia bedziemy czekac?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

– No to sprawdzmy – Iron pociagnal lyk z poteznego kufla z piwem. – Co nam jeszcze zostalo. Orki – wyorane. Ogry – zgromione.

– Gobliny – pogonione.

– Snotlingi – poszatkowane.

– Elfki – wychedozone – rzucil ktos z cicha.

– KTORY TO?! – huknal Iron, czerwieniejac.

– On! On! – natychmiast kilkanascie palcow wskazalo winnego.

– Czy moglbys – zaczal zimno Iron. – Wytlumaczyc mi, BRACIE, o czym wlasciwie mowisz? – usmiechnal sie, pokazujac nieprzyjemnie zczerniale zebiska.

– No trzy dni temu poszlismy z Gharem znaczy sie z Seneszalem Gharem do Loren no do elfiego lasu i tam byly kobiety znaczy sie elfki i bylo ich duzo i one piszczaly i my… e… – zacukal sie nagle klepiacy dotad jak kataryna zakonnik. – E… tego… wychedozylismy… kilka… znaczy sie… no… pare… nawet sporo… prawie wszystkie…

Iron popatrzyl na niego tak, ze niefortunny Brat Sluzebny az sie skurczyl w sobie i probowal znalezc cos na swoje usprawiedliwienie. Widmo trzydniowej glodowki na wodzie zamajaczylo mu przed oczami…

– Bo… e… celibat rzecz trudna… czlowiek slaby… – wyjakal.

– Dostajesz trzy dni karceru! – ryknal Marszalek, lupiac piescia w stol, az kufel z piwem podskoczyl. – A nastapnym razem bedziesz pamietal i wy wszyscy tez, ze jak na elfki idziecie, to zabrac ze soba Kapitule!

Braciszkowie wytrzeszczyli zgodnie na niego oczy, a co mlodsi w zakonie potarli powieki.

– No co, kazdego czasem, nachodzi ochota, zeby przytulic jakas elfke czy krasnoludke… Byle z umiarem, coby sie dziewczynki nie rozzuchwalily, a wam sily na picie i walke z Chaosem zostalo…

– Zdaje sie, ze na terenie Imperium wykonczylismy wszystko co mialo zwiazek z Chaosem – podsumowal Ghar, dotychczas nie zwracajacy wiekszej uwagi na to, co sie dzieje wokol niego, a zajety zgrabnym tylkiem sluzacej nalewajacej piwa.

– Niekiedy nawet to co widzialo Chaos, chocby z daleka…

– I tych, ktorzy o nim slyszeli…

– No to co robimy?

– Jedzmy gdzies dalej!!! – padaly okrzyki.

– Do Loren! – wyrwalo sie z kilku gardel.

– Nie, to nie najlepszy pomysl – Iron pokrecil glowa. – Owszem, kuszacy, ale to daleko, a teraz zima… Mozecie sie do Nuln przejsc. Tylko jak sie ktos bedzie bil, to najpierw spacyfikowac obie strony, a potem wnikac, kto zaczal, zeby nie bylo, ze niewinnych w kolko bijemy.

– A jakbyscie – tu Ghar wysiorbal reszte piwa z kufla, ktory zostal natychmiast napelniony przez sluzaca. – Jakie ladne panny zobaczyli, przekonajcie je, zeby do Zamku przyszly, bo sluzacych brakuje… – jego glos odplynal, gdy oczy Seneszala znow spoczely na tylku sluzacej.

– Nie brakuje, jeno uciekaja ciegiem – mruknal jeden z rycerzy.

– Che? – Iron lypnal podejrzliwie na niego.

– No od czasu jakescie sie zalozyli kto po pieciu garncach piwa dogoni i wychedozy sluzaca, to coraz mniej ich w zamku…

– Cichaj! – calej Kapitule pokrasnialy geby na wspomnienie wieczoru, po ktorym dlugo leczyli guzy i siniaki, a niektorzy i odmrozenia (jeden z nich, ktorego imienia kroniki nie wymieniaja, wpadl w pijackim amoku do spizarni i zasnal przycupnawszy na bloku lodu…).

– Hem… no to trza by sie na Ishtar wybrac, sprawdzic czy sie tam Chaos nie przeniosl… – zaczal powoli Ghar, odrywajac sie od kontemplowania zadka drugiej sluzacej, ktora przyszla ze scierka i wycierala rozlane na podlodze piwo.

– A przeniosl sie, przeniosl! – wykrzyknal jeden z mlodszych braci.

– A gdziez to znamie Chaosu na Ishtar znajdujesz, chlopcze? Trza by sie dokladnie temu przyjrzec, zbadac to i sprawdzic!

– Nie watpie, iz Kapitula zajmie sie tym dokladnie i zbada to szczegolowo – powiedzial mlodzieniec. – Ino zeby wam sily na wszystki starczylo…

– Na wszystkie? Jakze to?

– No prosto, panie. Wedle ocen moich, a nie watpie, ze zgodzicie sie podejrzenia te sprawdzic, siedliskiem zarazy Chaosu jest zamtuz oxenfurcki…

Written by Srebrna

2014/05/29 at 00:00

Posted in MUD/RPG

Tagged with , , , ,

[PL] Arkadia 2042

leave a comment »

W efekcie gry na Arkadii powstało kilka opowiadań dziejących się w świecie muda oraz nieduża seryjka z “naszej” rzeczywistości.

Siedziała w miękkim fotelu, kiedy po nią przyszli. Rękę z jedyną wszczepką położyła na stole i, wyglądając przez okno parterowego domu, przetrząsała kod w poszukiwaniu buga, na którym się całość kładła.
Dom był w miarę cichy, gdzieś w oddali po pseudodrewnianym parkiecie stukały pazurki rudodymnego siberiana, który, oddając się we władzę odwiecznego instynktu dostosowanego do współczesnych realiów, gonił dzwoniącą myszkę, napełnioną kocimiętką.
Od ulicy nie dochodził żaden, nawet najmniejszy szum. Dwa wróble, tłukące się na oknie i wyciszone starannie głośniki, emitujące Blind Guardiana z ośmiu punktów pokoju, stanowiły znakomity podkład do mruczanego przez nią zaklęcia programistów:

One hundred bugs in the code
One hundred bugs in the code
One bug fix’d and then compiled again
One hunderd and ne little bugs in the code…

Przekodowywała po raz kolejny autrotranslatora polsko-włoskiego, robiąc dla zaprzyjaźnionego kodera, zresztą na wyhakowanym skądś kodzie Arki. Te strzępki, które Administracja umieszczała na FTP, nie nadawały się do poważnego kodowania. Zwłaszcza, że ostatnia aktualizacja była sprzed ośmiu lat i nadawała się do stawiania nędznych mudów blokowych na najwyzej pięćset osób, a nie do poważnych produkcji, a już na pewno nie do testowania kodu, który miał finalnie trafić na Arkę.
Mozolnie i powoli sprawdzała algorytmy dopasowania tłumaczenia według fraz i kolokacji, ale wszystko się zgadzało. Zapisała na wszelki wypadek plik pod nową nazwą, wyłączyła neopico i odpaliła VTF. Zamknęła oczy i ruchem wolnej ręki zmieniła kanał odbierany przez głośniki na modulację głosową.

Wszczepka była może jedna, ale uważała, że doskonale wystarcza jej do pełnego odbioru. Nie musiała się wiele starać, żeby odpowiednie ruchy dawały jej nawet możliwość dosyć sprawnego grania na ręcznej harfie lub lutni, wymagało to tylko starannego oskryptowania V-tinyfugue, a to w zasadzie żaden problem. Zwłaszcza, jak część rozwiązań ściągnęła ze starych plików Klanu Tichy i nieco przerobiła na nowe potrzeby.

Coś zahurgotało, pewnie Głupia Bestia (zwana przy gościach Fafciołkiem, ku swemu upokorzeniu) znów wepchnęła swoją nowiutką myszkę pod lodówkę i usiłowała ją wyciągnąć. Tylko sprawdzi pocztę i pomoże kotu, bo przecież obskubie emalię z drzwiczek do reszty.

Usta poruszyły się, kiedy subwokalizowała.
– Cześć, Kiti. Niewiele. Ciao. Szlag, znów ten moduł. Tak, za chwilę. Poczta.
Palce poruszyły się delikatnie, kiedy “wklepywała ścieżkę”. Dla postronnych postaci wyglądało to pewnie jakby huragan przeleciał.
– Nie. Tak. Trzynaście. Czternaście. Siedemnaście.

– Wie pan, że jak jej wyrwiemy te wszczepkę, to już nic nie powie?

Zza modulków dzwięku dobiegły ją jakieś obce odgłosy.

Jeżeli Fafcioł siedzi teraz na lodówce, to ma w tyłek! zdążyła pomyśleć, zanim na jej ramię opadła czyjaś dłoń.

– Proszę odłożyć klawiaturę i wyłączyć głośniki. Ma pani prawo do adwokata… Proszę natychmiast rozłączyć się z mudem!

Otworzyła oczy bez wylogowywania się. Natychmiast chwyciły ją mdłości, w ostatniej chwili powstrzymała się przed okazaniem tego. Zacisnęła oczy i nadała w całą Arkadię ostatni sygnał…

przyzwij wszystkich Nie wiem co się dzieje, ale są u mnie psy i chyba trzeba spierdalać z Arki! Diskonekt wszyscy!

Zdążyła jeszcze zobaczyć signoffy pierwszych wizów i swoją własną wiadomość, puszczoną przez kogoś z Administracji przez Jeźdźca Apokalipsy, zanim musiała się rozłączyć.

Delikatnie wyciągnęła wtyczkę z gniazda wszczepki i rozmasowała przegub.

– O co chodzi? – odwróciła się w kierunku psypolicków, czyli Funkcjonariuszy Równowagi Psychicznej. Zamarła. Jeden z nich trzymał wymierzony w jej wszczepkę porażacz nerwowy. Porażacz był niebezpieczny dla “czystego” człowieka. Bardzo niebezpieczny dla cyborga, dowolnego typu i stopnia, nawet dla kogoś z jednym wszczepem. Śmiertelny w razie zaaplikowania do samego wszczepu.

– Proszę podać ręce i nie robić żadnych niepotrzebnych ruchów. Jest pani aresztowana – wyrecytował jedyny psypolik bez broni. – Pełna lista stawianych pani zarzutów może zostać powiększona o stawianie oporu przy aresztowaniu, jeżeli natychmiast się pani nie podporządkuje.

Sześćdziesięciolatka podniosła się powoli.

– Panowie pozwolą, żę zabezpieczę dom na czas swojej nieobecności. Kot nie może zostać bez jedzenia na dłuższy czas.

– Proszę się nie przejmować tym stworzeniem. Zostało zneuralizowane –
powiedział z niejasną satysfakcją typek bez broni.

Mimo niejakiej przeszkody, złożonej z kilku funcjonariuszy, znalazła się w kuchni w ciągu trzech sekund. Na środku leżał, jak nędzna kupka futra, wyciągnięty w ostatnim skoku Fafciołek. Paraliż, który go opanował, nie zdołał go zabić. Wciąż jeszcze poruszał oczami, próbując zrozumieć, czemu łapy nie chcą go słuchać.

Klęknęła przy nim, gładząc bezmyślnie długie futro.

– Muszę go zabrać do weterynarza… Nie mogę go tak zostawić…

– Nadchlebnik Koziak się nim zajmie – do przodu wystąpił ten sam psypolik, który wcześniej trzymał ją na muszce.

– Posiadanie zwierząt domowych nie przynoszących bezpośrednich zysków dowolnego typu jest klasycznym objawem Przeniesienia Uczuć Macierzyńskich, a zatem aberracji typu B. W takim wypadku standardową procedurą jest pozostawienie obiektu pod obserwacją, zaś w razie zaobserwowania innych odchyleń, izolacja od zwierzęcia.

Koziak odbezpieczył starannie ogłuszacz i omiótł nieruchome ciało kota stężonym promieniem.

– Cholerny morderco! – ryknęła i rzuciła się na niego.

***

Nigdy nie rzucaj się na faceta z załadowanym ogłuchem.

Patrzyła tępo na stalowe drzwi, zastanawiając się czy raczyli powiadomić jej męża, czy zamknęli drzwi od mieszkania i co się stało z Fafciołem.

Oprzytomniała dopiero w ciężarowce, podzielonej na spore boksy. Naprzeciwko niej leżał nieco młodszy mężczyzna w wielkich, panoramicznych okularach. Gryzł zapamiętale prawą pięść, jakby tłumiąc krzyk.

– Co się stało? – zdołała wydusić ze ściśniętego gardła.

– Cc… cccc…. ccciachnę-ę-ęli mmmmiiii kkk-kkk-kkabel siecccccc-ccciowwy – wymamrotał.

No tak, typowe objawy zerwania linka na wirtualnej.

– Kim jesteś? – zapytała ostrożnie, gdyż oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się jej do mroku.

– Jjakk tto kkurna kkkim, ttruwwerem! – jąkał się już mniej, jakby szok mijał.

– Voo? To ty? – przycisnęła twarz do prętów celki, próbując go lepiej zobaczyć. – Kogo jeszcze mają?

– Nnnikkoggo. Nas. Ttt-tylkkko.

Opadli na podłogę naprzeciw siebie.

Furgonetka zatrzymała się.

Znów przycisnęła twarz do prętów, próbując tym razem zobaczyć coś na zewnątrz.

– Voo – jęknęła ze zgrozą. – Chyba jesteśmy gdzieś przy… Słyszę tramwaje, o, wiadomości… Trzynastka!

– Może być jeszcze parę innych ulic – dodał Vookash ponuro, już całkiem
normalnie. – W zasadzie, nie wiadomo, co gorsze.

Drzwi z tyłu ciężarówki otwarły się z huknięciem i wepchnięto przez nie spory kształt. Jeden z funkcjonariuszy otworzył drzwi obok niej i wepchnął tam swoją ofiarę.

– Nie wiadomo, co gorsze – powtórzył Vookash. – Może za to Kir im się wywinie.

Oparła czoło na dłoni.

– Janek… Brat, żyjesz?

***

Otępiali, siedzieli w pace ciężarówki, kiedy znów się zatrzymała. Najpierw coś łupnęło, jak wyłamywany zamek, potem dobiegły ich oddalające się kroki psypolików… A potem, gdzieś z góry, rozdzierający krzyk, znajomy głos…

– Nie możecie! Nie rzucajcie tym dyskiem! Nieeeeee!

Zaraz potem huk i kolejny, doskonale znany im głos, wykrzyknął:

– Już, spokojnie, Jędrek… To nic nie pomoże… Chodź, bo wykręcą ci ręce i nawet po wyjściu nie będziesz już mógł… Ej! Niech mnie pan zostawi! Auaaaa!

***

Elspeth siedziała, rozmasowując przedramiona, za które jeden z funkcjonariuszy ją chwycił, kiedy próbowała wyskoczyć z platformy. Jej brat też nie pomagał psypolikom, ale oboje wylądowali w boksach z obolałymi mięśniami. Było ich już ośmioro, razem ze zgarniętą z pobliskiej kafejki trójką młodocianych Scoia, którzy ze strachu wcisnęli się w najdalsze kąty swoich celek.

– Co robimy?

– A co możemy? – odpowiedział jej ponuro młodszy brat. – Żadne z nas nie ma wszczepu z tele, a to jedyne, co teraz może nam się przydać.

– Ja mam – pisnął jeden Wiewiórek. – Nawet działa.

Jej oczy zaświeciły się.

– Możesz wejsc w pasmo i wywoływać Miniora? Po prostu Minior, żadnych cyferek.

– Szacun – wymamrotał chłopak, może siedemnastoletni. Wygładał na Michaela 112 albo inny nick z trzycyfrowym identyfikatorem. – Nie ma go.

– Szukaj dalej. Under. Lakshmi. YaaL. Laurelin. Tigr. Nicolas. Shit, chłopaki, kto miał jeszcze tele?

– Nuke. I, o ile dobrze pamiętam, Adalb.

– Mam, mam Lakshmi? Co nadać? – Scoia miał rozszerzone źrenice.

– Nadawaj na wszystkich pasmach: Srebrna mówi: SPIEPRZAĆ! Jak ktoś zapyta, w czym rzecz, zrób zapis, ze psypoliki nas mają. W ogóle, możesz zrobić stały zapis i wyszukiwanie z automatu?

Chłopak skinął głową.

– To nadawaj. Do tych wszystkich… I do każdego kto zaczepi twoją postać na tele. Jesteśmy pieprzonymi wyjętymi spod prawa, rozumiesz? Aresztują nas psypoliki, nie jakies wypierdki mamuta z krawężników. Mamy, imainuj sobie, przekichane.

Written by Srebrna

2014/05/24 at 00:00

Posted in MUD/RPG

Tagged with , , ,

[PL] Wiersze: wszystkie inne

leave a comment »

Zbiór wszystkiego, co nie pasowało w pozostałych postach.

Kołysanka

Gwiazdki migoca lagodnie
Usmiech i oczy dzieciny
To jest cud swiata najwiekszy
Male szczescie – narodziny

Swiat caly w dwoch piastkach sciska
Tak wiele przed nia przyszlosci
Kim bedzie, co zrobi, stworzy?
Duzo pieknych mozliwosci

W tych oczkach migoce swiatlo
Sekretow wielkich wysiace
Poczekac przyjdzie lat kilka
Rozpali sie zar w nich tlacy

Szczescie wielkie niech cie czeka
Niech cie czeka powodzenie
A nastepnie takiej jak ty
Slicznej corki urodzenie

Bys nie byla nigdy smutna
Bys w sercu nosila pokoj
Lekka stope, zreczne dlonie
I przemadra miala glowe.

Krasnoludy

Tu, pod gora, gdzie ciemnosci czarne groza
Tu, gdzie zloto jasno blyska w czerni jaskin
Gdzie kwiat zaden nie zakwitnie, nie wyrosnie
Lecz kamienie tu szlachetne poblask sieja

Wejdz tu, lecz ostroznie stopy stawiaj swoje
Przewodnikiem twoim niech ma lampa bedzie
Slyszysz? To kilofow uderzenia w sciany
Krasnoludy tu znalazly swoje miejsce…

Bracia moi, kujcie zywo, kujcie pilnie
Wyszukajcie najpiekniejszu klejnot jaskin
Ja, z powierzchni wam przyniose bursztyn zloty
Oprawimy w srebro, zloto wszystko razem

Jak ten metal, co spojeniem dla kamieni
Tak braterstwo miedzy nami twarde, mocne
Siostra wasza mienic bym sie chciala zawsze
Choc’em elfka, i z powierzchni wchodze tutaj

Ciemnosc ta mnie nie przeraza, ni jaskinie
Podziw budzi we mnie kuzni luna jasna
Nie na moje to jest palce, nie moj rozum
Lecz wy mistrze w tym rzemiosle, wy artysci

Tak wiec chwale dzisiaj spiewam krasnoludow
Co i w boju zaprawieni i w kowalstwie
I przyjazni wiez zadzierzgnac bym tu chciala
By nie mowil nikt o starych nienawisciach!

Zjawa

Duch w bieli nad zamkiem polata
“Czym jestes, przeklete widziadlo?”

“Jam krol, co zeszlego lata
Zabila mnie reka podla”

“A czyjaz to reka cie dzgnela?”
Zapyta ciekawy wedrowiec

“Zony to reka mej milej
Czyz to nie zdrada? Sam powiedz!”

“Ah, przeciez to zdrada wyrazna
Lecz jakze ci pomoc dzis moge?”

“Jesli sie duchow nie lekasz
Wyjdz o polnocy na droge

Na rozstaj, co w trzy swiata strony
Rozchodzi sie sciezkami trzema”

“Wiem gdzie to! Co czynic trzeba?”
“Stamtad odwrotu juz nie ma

Idz prosto, jak strzelil, na zachod
Trzy kroki po trzy razy odlicz

A gdys juz przybyl na miejsce
Prosto na polnoc sie obroc

Siedm krokow tam odlicz przed siebie
Lecz bacz bystro bo to cmentarzyk

Przed toba, wprost wejscia ujrzysz
Piekny z marmuru oltarzyk”

“Okropne!” zakrzyknie wedrowec
“Lecz coz czynic mam pozniej, duchu?”

“Stoj obok, a gdy lysnie raz
Nie lekaj sie burzy dmuchu

Wez miecz swoj, krwi kropelke utocz
A kapnij nia na oltarz maly

Gdy zrobisz to, wnet uciekaj
Bo cmentarz zbudzi sie caly

Ja jeden nie wroce z zaswiatow
Druzyna tu idzie cna ze mna

By zlowic ma zonke wstretna
I sad tam odprawic nad nia”

Wiec poszedl pomocny wedrowiec
Krwi krople utoczyl z swej zyly

Co stalo sie? Trudno dociec…
Nikt go nie ujrzal juz zywym…

 

Written by Srebrna

2014/05/19 at 00:00

Posted in Poems

Tagged with , , , , ,

[PL] Wiersze filozoficzno-życiowe i z okazji

leave a comment »

Trochę wierszy “życiowych” Srebrna też ma w swoim portfolio.

Cel życia

Jesli wejdziesz na najwyzsza wieze,
Jesli zlowisz ta najwieksza rybe,
Jesli znajdziesz ten najwiekszy diament,
No to o czym bedziesz marzyc pozniej?

Jesli juz pokonasz wszystkich wrogow,
Zbadasz swiata wszystkie tajemnice,
Gdy zdobedziesz wdzieki pieknych kobiet,
To na jutro juz ci nic nie pozostanie…

Gdyz… czym zycie jest bez wyzwan, czy bez celu?
Czym zapelnisz puste dla spelnienia,
O czym myslec, co planowac bedziesz,
Gdys juz wszystko widzial, wszystko opanowal?

Zostaw sobie chociaz jedno miejsce,
Choc skarb jeden, jedna wyspe morza,
Jedna gore, ktorej nie zdobedziesz
I o ktorej snic na zawsze bedziesz…

Jeden punkt na mapie, jedno miasto,
Co tajemnic bedzie pelne dla cie zawsze,
Co nie zwiedzisz go, nie sprawdzisz, kto w nim mieszka
I na zawsze bedziesz marzyc o nim mocen.

Ile stąd mil…?

Ile stąd mil do Gwiezdnych Pól?
Ni jedna, ci rzeknę, i wszystkie.
Lecz jakże dojść tam, bracie mój?
Patrz prosto w jasną swieczkę.

Lecz czy nie zgaśnie ona mi,
nim trafię tam i wróce?
Nie, nie boj sie, to jest ot tuz,
Za jednym oka mgnieniem.

Lecz skoro to jest blisko tak,
To czemuz tak daleko?
O jedno bicie serca stad,
O oddech jeden, drgnienie.

Ale nie dotrzesz nigdy tam,
Jesli zly czas wybierzesz,
Bo miedzy dzwonu “ding” i “dong”
Wejsc musisz pewnym krokiem.

Lecz nie zawahaj sie ni raz,
Bo jedno twe zwatpienie
Obroci ciebie w pyl i proch
Strach – zepchnie w zapomnienie

Kiedy juz w Gwiezdna wkroczysz Ton
Pamietaj o powrocie
Bo czasu tylko tyle masz,
Co plomien, co migoce

Powrocisz tu, lecz nie ten sam
W twych oczach blysna gwiazdy
I nic juz tu, wsrod lasow, gor
Nie bedzie ciebie godnym

Bo kto wsrod Gwiezdny wkroczyl Lud,
Kto z nimi zyl ich zyciem
Ten nigdy juz nie zdola tu
Szczesliwym byc naprawde

Kres podrozy

Pewnego dnia przed soba masz
Zamku wysokie mury
Lub lasu cien czy rzeki brzeg
Albo gor zrab ponury

I westchniesz wtedy “Tak, to tu”
Odlozysz swoje brzemie
Pokoj nastanie w sercu twym
Odplyna z duszy cienie

Podrozy twej nadejdzie kres
Odnajdziesz ukojenie
By zyc na zawsze juz tam, gdzie
Twa droga cie prowadzi

Osiadziesz, wrosniesz w ziemie ta
Jakbys do domu wrocil
Bo dom twoj bedzie to, lecz ten,
Cos sam go wybral sobie

Lecz nie mysl, zes oden o krok,
Ze blisko juz wytchnienie
Wedrowac musisz wiekow wiek
By spelnic przeznaczenie

Marzenia

W dalekich krajach
W zamorskich krajach

Tam – czeka na mnie ten jedyny

Lecz ja nie plyne
Lecz ja nie lece

Ja… stawiam w oknie mala swiece

I czekam tak przez cala noc
I czekam tak przez caly dzien

A potem ide spac – i snie

O tych dalekich, zamorskich krajach
I o mych z Toba tam spotkaniach

A kiedy budze sie – no coz
Znow na TYM brzegu jestem morz…

Moc pióra

Czyz silniejsza nizli miecze
Nie jest piesn niekiedy bronia?
Czy nie mocniej nad zelazo
Rane zadac struna, dlonia?

Wiem, niewielkie to sa rany
Co nie jatrza sie, nie krwawia
Ale pomysl, wrogu barda
Nie okryje cie nieslawa?

Gdyz zaspiewa piesn o tobie
Piesn co wykpi wady twoje
I osmieszy przed wszystkimi
Gdy wypowie slowa swoje

Piesn silniejsza jest niz ostrze
Pioro – grozniejsze od miecza
I nijakie driakwie, ziola
Ran z nich wzietych nie wylecza

Tedy pomysl kiedy czasem
Nim na barda miecz podniesiesz
Bo czy slawy ci przybedzie
Gdy przeklenstwo na sie sciagniesz…?

Nędza poety

Odwracasz swa glowe, odwracasz spojrzenie
Poezji mej nuty nie neca twych uszu
Patrz na mnie! Jam biedne, nieszczesne stworzenie
Co liczy, ze serce twe piesnia poruszy.

Odmawiasz mi laski spiewania dla ciebie
Wiec dzisiaj glodowac mi przyjdzie, coz czynic
Lecz jesli nim slonce sie znajdzie na niebie
Nie znajde pieniedzy, czas bedzie sie zmienic.

Z poetki – wojownik, z truwerki – zabojca
miast lutni miecz ostry niesc bede w swej rece
Lecz coz ja poradze, ze straszna ta trojca –
– Glod, nedza i hanba – sie dziela ma meka…

Wszak lutnia nie tarcza, a slowo nie zbroja
I slawa poety niepewna co chwila
Sa tacy co ciesza sie mizeria moja
I tacy co sami don dlon przylozyli

Wiec odejdz, nie sluchaj, to twoj wybor przecie
Lecz pomnij me slowa w noc jaka bezgwiezdna
I pomysl dlaczego coraz wiecej w swiecie
Jest zbojow, poetow jest mniej zas i bardow.

Ostrzeżenie (Gdy nad miastem)

Gdy nad miastem sine dymy
Gdy nad rzeka opar zimny
Gdy nad laka mgla poranny
Idz tam, gdzie twa czeka panna

Idz, gdzies sie z nia zmowil wczoraj
Idz sie zabaw do wieczora
Idz, pohulaj w towarzystwie
Lecz gdy wrocisz, patrz sie bystro

Boc czekaja panny bracia
Kamrat kumpla od w kart grania
Co ci maja skore zlupic
Za postepki twoje glupie

Wiec uwazaj, chlopie sprytny
Co ci drogi zakret niesie
I posluchaj czasem piesni…
Truwer zawsze prawde powie

Pieśń na Belleteyn

W Belleteyn sie nuzam zarze
Pochodni blask z daleka mijam
O chlopca mego ustach marze
Kochankow widzac tu co chwila

Dzis Noc Majowa rzadzi swiatem
Dzis milosc wszelka uwolniona
To powitanie wiosny z latem
Dzis wszystko jest nam dozwolone

Jam Trzema w jednej kobietami
Dziewica, co jak pak rumiana
Kochanka swego pod lipami
Dzis czeka przed wielka przemiana

Jam Matka, ktora zycia daje
I dech swoj w dziecka pluca dmucha
Jam ta co zycie to odbiera
Jam Panna, Matka i Starucha

Jak Ty, tak kazda z nas, Bogini
Trzy role w sobie zawzdy nosi
Bo kobiet takie przeznaczenie
By zycia wszystkich rzadzic losem.

Pokusa

Ciemnosc z wolna nas ogarnia
Tuli zimnymi ramiony
Moze wreszcie sie poddamy?
Moze damy sie jej wchlonac?

Mysli takie, ciemne, zimne
Po polnocy trzy godziny
Kazda dusze zywa mecza
Neca slodkim zapomnieniem

Lecz nie, poddac sie nie wolno
Czern to otchlan a nie wolnosc
To stracenie, nie sen blogi
To kajdany, nie swoboda

Odrzuc kuszace obrazy
Zostan soba, nie trac wiary
Slonce wschodzi, swiat sie budzi
Odrzuc wizje sennej mary

Obudz sie juz z odretwienia
I rozejrzyj smialo wokol
Zycie lepsze od spokoju
Boc to przecie… smierci spokoj…

Rota kupców

Farnagu, przyjmij ma ofiare
Zlozona Tobie w wiernym darze
Chce wraz z innymi Ciebie czcic
Pieniadza boze i opiekunie

Do twej swiatyni poklon niesc
W skarbonie datki swoje klasc
Bys chwala swoja objal mnie
Opieke swoja mi raczyl dac

Madroscia swoja wspomoz mnie
By chwala Twoja mogla rosc
I zysk nasz rosl, i obrot rosl
By w swiecie slawnym byl wciaz Cech

Dlonia swa silna podtrzymaj mnie
Sile mej woli wzmocnij, bym
Sie nie zawahal wiecej gdy
Interes jakis ubic przyjdzie mi

Przyjmij me modly tedy dzis
W podwoje Cechu swego wpusc
Bym wraz z innymi mogl Ciebie czcic
Pieniadza boze i opiekunie

Wiosna
Wiosna przyszla w tym roku z zaskoczenia
Zakwitnieniem spiacych pakow na drzewach
Zaspiewaniem zmarznietych ptakow na dachach
Zzielenieniem mlodej trawy na lakach
Wiosna przyszla w tym roku znienacka
Majac kwiaty w bukiecie schowanym za plecami
Jak diabelek z pudelka wyskoczyly nam z wody zaby
I jak tort z niespodzianka wybuchnela lisci zielen
Wiosna przyszla w tym roku nagle –
Zaspiewala, zatanczyla, zagrala…
Na naszych oczach pojawila sie…
Lecz – zniknie… A po niej przyjdzie Lato.

Lato
Lato to piasek przesypujacy sie miedzy palcami
Lato to slona woda parujaca w upale
Lato to mokra chustka, polozona na twarz dla ochlody
Lato to cieple kamienie, na ktorych siedzisz
Lato to parasolki chroniace od slonca
Lato to wycieczki, byle daleko od miasta
Lato to marzenia, tetniace mlodoscia
Lato to morze, zza ktorego ladu nie ujrzysz
Lato to chwila ulotna, drzaca w upale
Lato to krotkie noce, pelne tajemnych szeptow
Lato to suche drzewa, mdlejace z upalu
Lecz Lato… to zaledwie zapowiedz Jesieni.

Jesień
Pelna kwiatow, owocow i grzybow
Przytula nas do siebie
Zlotymi liscmi klonow
Kluje nas delikatnie
Ostrymi kolcami kasztanow
Rosnacych w parku
Popedza nas do zbierania
Tego, co dla nas przeznacza
Ostrzega nas… przed Zima.

Zima
Zawierucha, zimne dlonie i usta
I moj pokoj, w zawiei zgubiony
I to drzewko, co wzrasta wsrod sniegu
I balawanek, co zakwitl marchewka
Moje oczy, wpatrzone w dal biala
I te male momenty czekania
I te dziwne minuty szukania
I te smieszne choc smutne spotkania
W tej zawiei gdzies jestesmy, zniknieci…?
Czy tez tylko sie nam tak wydaje?
Wiem! Musimy poczekac! Do marca! A wtedy…
Razem z Wiosna wszystko odtaje…

Ja

Na palcu srebrny pierscien
We wlosach srebrne nitki
W pamieci setki piesni
A w oczach chec do bitki

To srebro, nie siwizna!
To lira, nie plecaczek
Medalion, nie amulet
I… sztylet… Nie zabawka.

Gdy zadrzesz ze mna – strzez sie
Nie, ja nie rusze palcem
Lecz na ma skarge jedna
Przeliczni rusza w walke

A slowem moim piesn jest
Wiec strzez sie, nieroztropny
Bo uszy ci napuchna
Gdy ujrzysz w grze me dlonie

Gdy wkroczysz na ma sciezke
Slowem sie jeno zemszcze
Lecz slowem sieke ostrym
Ostrym jak elfie miecze

Wiec nie wchodz w droge Srebrnej
Nie draznij mnie nadmiernie
Bo ucho moje dobre
A usta – szyderstw pelne

Written by Srebrna

2014/05/14 at 00:00

Posted in Poems

Tagged with , , , , , , , ,