My fanfiction and other random ramblings

my thoughts on how to write (or not)

Archive for the ‘Originals’ Category

Stalówki

leave a comment »

“Stalówki” to mój własny (nie-pochodny) pomysł. Co prawda napędu wystarczyło mi na obgadanie tego nieznacznie na ircu z pomocną duszą oraz napisanie takiego kawałka, ale może coś jeszcze się z tego wykluje. Na razie wrzucam tak jak jest.

Fjikka siedział na twardym krześle w salonie krawieckim Salvatta i nerwowo poprawiał krawat. Jego strój ceremonialny – który, bardzo praktycznie, po odjęciu kilku detali mógł pełnić rolę odzienia wieczorowego – już wisiał, w pokrowcu, przy jego łokciu.
Ianny suknia właśnie była oznaczana w celu dokonania na niej ostatnich poprawek.
Ianna popełniła niewybaczalny błąd i urosła o kolejną grubość dwóch palców od czasu ostatniego mierzenia. Szwaczka nie kryła swojego potępienia dla tak nieuprzejmego zachowania.
– I znowu trzeba brzeg poprawić – mamrotała właścicielka zakładu – a nie można było przestać rosnąć, a? Od kiedy zaczęłyśmy szyć tę suknię już prawie cała dłoń różnicy wzrostu! – pociągnęła za lewą część spódnicy. – Dodamy na dole płaską falbanę i malutka koronkę, powinno wystarczyć bez przeróbek. A potem się koronkę odejmie i będzie do chodzenia…
Fjikka przewrócił oczami. Do chodzenia. Tak jakby smarkate Stalówki bywały gdzieś, gdzie taką kieckę da się pokazać. On w swoim surducie mógł bez wzbudzenia zainteresowania pojawić się na kolacji u swojego promotora albo na spotkaniu z poważniejszym klientem – co czyniło wielu młodych skrybów – niestety suknia Ianny, nawet po obrabowaniu z koronek, błyskotek i cekinków, nadawała się raczej do teatru albo na przyjęcie z tańcami. Do sytuacji profesjonalnych jego przyjaciółka i tak zamówiła już była kostium w odpowiednio poważnych kolorach.
– Fjik, powiedz, czy teraz jest wszystko równo.
Otrząsnął się z rozważań o strojach – ich główny temat rozmów przez ostatni miesiąc – i przyjrzał stojącej przed nim dziewczynie.
Granatowy, atramentowy aksamit, lamówki i tasiemki na gorsecie z nieznacznie jaśniejszego materiału, białe koronki na wszystkich wykończeniach… Wszystko zgodnie z tradycją. I Ianna wyglądała w tym całkiem nieźle, mimo marudzenia i krytyki ze strony właścicielki zakładu.
– Jest w porządku – mruknął – wyglądasz jak wielki kleks.
Sekundę później robił unik przed lecącym w jego stronę niebieskim, safianowym bucikiem.
– Głupol.

***

Ceremonia dyplomowa ciągnęła się w nieskończoność. Każdy absolwent był wzywany na podium, gdzie jeden z profesorów odczytywał jego oceny i – niekiedy – specjalne osiągnięcia lub zasługi, a następnie wręczał mu – lub jej – naszyjnik ze stalówkami odpowiadającymi zasługom.
Zwykle były to po prostu stalówki prawowicie zużyte przez studenta w ciągu trzech lat nauki, ale w szczególnych przypadkach dochodziły do tego ozdobne specjalne stalówki za zasługi.
Wielu wchodziło w swoje dorosłe życie z jedną lub dwiema stalówkami – to ci, którzy pracowali pilnie, ale nie przesadzali z poświęceniem, ograniczali aktywność na uczelni i umieli zająć się życiem po zakończeniu zajęć. A przynajmniej tak siebie opisywali.
Inni, jak Fjikka, mieli mieć na swoim naszyjniku dwie zwykłe stalówki i jedną lub dwie specjalne, profesorskie.
– Nandraoles, Fjikka – zagrzmiał profesor historii wspólczesnej, który przejął prowadzenie ceremonii w okolicach litery “L”.
Poprawił surdut, wciągnął powietrze, uśmiechnął się nerwowo to Ianny i pomaszerował w stronę stopni, które miały go zaprowadzić przed mównicę.
– Panie Nandraoles – profesor Kukkitin przywitał go i zajrzał do przygotowanej przez sekretarkę rektora ściągi. – Pańskie zasługi w dziedzinie organizacji życia społecznego naszych studentów i dodatkowych, pozarozkładowych zajęć, które tak pomogły młodszym słuchaczom we włączeniu się do społeczności, spowodowały, że grono profesorskie uznało pana godnym otrzymania dwóch dodatkowych stalówek. Jednak pewne względy podyktowały decyzję, w efekcie której otrzyma pan tylko jedną.
Po sali poszedł szmer.
Od tygodni wiadomo było, że Fjikka, główny animator ruchu “zaopiekuj się”, czołowy sternik imprez studenckich – bezpiecznych i niskoalkoholowych – i aktywator najbardziej aspołecznych elementów na trzecim roku, ma dostać dwie stalówki. Dwie specjalne i dwie jego własne dawały mu status równy skrybie pracującemu zawodowo od trzech lat.
Znienacka “profesory” wycofały się z nieoficjalnej obietnicy.
Co mądrzejsi, w tym sam Fjikka, szybko opanowali gniewną reakcję. Skoro Kukkitin wspomniał o pewnych względach bez podania bezpośredniej przyczyny a jednocześnie w ogóle o tym napomknął, to musi w ten sposób dawać coś do zrozumienia. Po pierwsze, jak wywnioskował Fjikka, wykonując ćwierć obrotu w stronę widowni i podnosząc swój naszyjnik, Kukkitin był przeciw. Gdyby był za, po prostu wręczyłby ten naszyjnik, nic nie wspominając o planowanych dwóch stalówkach.
Po drugie, ktoś usiłował rozegrać z użyciem jego naszyjnika jakąś lokalną wojenkę – Fjikka ukłonił się krzesłom profesorskim z tyłu sceny, a następnie uścisnął Kukkitinowi dłoń. Mrugnął do staruszka i nieznacznie wzruszył ramionami, wskazując – mając nadzieję, że tak jego wiadomość zostanie odczytana – że nie wini go za to, co się stało.
Miał szczerą nadzieję, że ktokolwiek, kto usiłował coś ugrać na obniżeniu jego statusu, poczuł się usatysfakcjonowany. Niewielu absolwentów mogło sobie pozwolić na utratę tych dodatkowych, premiowych stalówek.
Ianna, na przykład, też miała obiecane dwie. Miał szczerą nadzieję, że cokolwiek to było, chodziło głównie o niego.

– Jedna – powiedziała wypranym z emocji głosem. – Jedna stalówka.
Siedzieli na podłodze w jego pokoju – współlokatorzy wykazali odrobinę taktu i zostawili ich samych – patrząc tępo na łańcuszek z zamocowaną jedną stalówką.
– Czy to na pewno twoja? – zadał w końcu dręczące go pytanie.
Obróciła końcem palca kawałek metalu.
– Moja, jest “I” wyskrobane od spodu.
– Zastanawiam się, co zrobili z drugą.
Wzruszyła ramionami.
– Jak znam mojego pecha, to ktoś ją zgubił. Jeżeli, całkiem przypadkiem, jednak się znajdzie, to przecież nie ma na nią dokumentacji.

Pech polegał na tym, że opiekun, z którym grupa Ianny zaczynała naukę, zmarł w połowie ich drugiego roku. Całość jego papierów, wszystkie podpisane odbiory stalówek i poświadczone stopnie zostały przejęte przez nowego prowadzącego, który na wstępie postanowił je zweryfikować.
Ofiarą bałaganu, który nastąpił po “weryfikacji” ocen 40 osób padła – między innymi – pierwsza stalówka Ianny. Nikt nie mógł twierdzić, że to była premedytacja, ale córki szewców, krawcowych, kowali, garbarzy i garncarzy wiedziały bardzo dobrze, co się stało z ich dobrymi ocenami, zaświadczeniami o pracy wieczorowej, odznaczeniami za konkursy i, właśnie, stalówkami. Sądziły jednak, że wszystko to zostało zarejestrowane w odpowiednim biurze uczelni i da się odnaleźć, odtworzyć lub zaświadczyć, że dana rzecz istniała.
Niestety dla Ianny i jeszcze trzech dziewcząt, które dostały znacznie obniżone oceny końcowe lub rangi, nie wszystko się znalazło.

Written by Srebrna

2016/03/23 at 00:12

Posted in Originals

Sekret Świętego Mikołaja

leave a comment »

Sekret Świętego Mikołaja

Jak on to robi, że w jedną noc objeżdża cały świat i dostarcza prezenty wszystkim dzieciom, które w niego wierzą?

Cóż, moi drodzy. Sekret Świętego Mikołaja jest taki, że to prawie wszystko bujda. Nie całkiem, ale prawie.

Czemu?

No to tak. Kiedy Święty Mikołaj zaczął tę całą akcję z dawaniem prezentów, skupił się na dzieciach, które czegoś naprawdę pilnie potrzebowały (albo i nie tak pilnie, ale nie mogły tego inaczej dostać). Nie był natomiast najlepszy z matematyki. Ocenił, tak mniej więcej, liczbę ludzi na Ziemi (z której znał głównie Europę) i w ten sposób usiłował wyliczyć, ile będzie musiał odwiedzić dzieciaków. Pomylił się w obu przypadkach.

Minęło kilkadziesiąt lat, a on zauważył, że chociaż próbuje dostarczyć prezent do każdego malucha, nadal zostaje bardzo wiele dzieci, które nie dostają nic.

I co zrobił? Stworzył pierwszą na świecie franczyzę.

Franczyza to jest takie coś, że jak ktoś ma świetny pomysł ale nie chce dłużej pracować albo produkować więcej, to sprzedaje innym ten pomysł i pozwala im używać swoich planów, szyldu, nazwy i czego tam jeszcze potrzebują, żeby mogli działać podobnie.

Święty Mikołaj znalazł różne bardzo miłe osoby, które też bardzo troszczyły się o dzieci i podzielił się z nimi pomysłem na rozdawanie dzieciom prezentów rozjaśniających sam środek zimy. Środek zimy zwykle jest paskudnym, ciemnym i zimnym czasem, więc każdemu przyda się coś miłego, żeby ten czas poprawić.

Tak też Mikołaj przygotował specjalne pakiety z informacjami, które zawierały plany i daty, ogólną rozpiskę kto kiedy co rozdaje oraz dostęp do fabryki zabawek. Pomógł też swoim nowym przyjaciołom w ustaleniu zakresu działań i sposobów pracy, jak w każdym dobrze zorganizowanym zespole. Nie byłoby przecież dobrze, gdyby jedno dziecko dostało dwie porcje prezentów, a inne zostało bez niczego.

Podzielili się więc terenem do odwiedzenia, mniej więcej według granic krajów (ale to się zmienia, więc nie byli dokładni) i Mikołaj mógł wreszcie odrobinę wyluzować, z miłym poczuciem, że kiedy on już pada na twarz ze zmęczenia, to ktoś inny – na przykład Kris Kringle – zabiera się do rozwożenia prezentów w Ameryce.

Okazało się, że pomysł z podziałem obowiązków był świetny, bo nie tylko doliczyli się, że na Ziemi jest więcej ludzi, niż się wcześniej spodziewali, ale też, no cóż, ludzi przybywa. Co roku były nowe dzieci do odwiedzenia i gdyby próbował sam zająć się dostawami do wszystkich tych wiosek i miast, to wiele maluchów byłoby zawiedzionych. Ale ponieważ inni przejęli część zadań – Sinterklaas (i Czarny Piotr), Father Christmas (który nie chce nikomu powiedzieć jak ma naprawdę na imię), Dziadek Mróz (znacznie lepiej od innych znosi długie podróże przez pustą Syberię) a nawet kilka Aniołków (które tego dnia zrywają się z chóru) – on nie czuje już aż takiego ciśnienia.

Jakoś koło 17 czy 18 wieku pojawiła się sprawa pewnych reform w fabryce zabawek. Problem w tym, że skrzaty są bardzo, bardzo tradycyjne. Mali kolesie, bardzo twórczy, bardzo kochani i wysoce inteligentni, ale bardzo źle znoszą zmiany. No wiecie, no. Nadal im się wydaje, że wszystkie prezenty dla dzieci z całej Europy zmieszczą się w jednym worku. Przyznam, jest to wielki worek, większy w środku niż na zewnątrz, ale nie jest bez dna! Nadal myślą, że w Finlandii jest mniej niż tysiąc dzieci. Oni… No serio, naprawdę nie są gotowi na zmiany.

Zastrajkowali, jak okazało się, że trzeba zrobić coś nowocześniejszego niż lalki-przytulanki i drewniane żołnierzyki.

Po dwóch miesiącach kłótni Święty Mikołaj dał sobie spokój, przebrał w cywilne ciuchy i pojechał na zakupy. Szczęśliwie miał zgromadzony zapas cennych metali i różne skarby znalezione w trakcie wypraw, więc miał co wydawać w jednym z pierwszych na świecie centrów handlowych. Podzielił się rozwiązaniem z przyjaciółmi i wszyscy zgodzili się, że skrzaty są zdecydowanie zbyt uparte, bo świat się zmienia a dzieci chcą czegoś bardziej skomplikowanego. Dzieci zmieniają się na pewno znacznie szybciej niż skrzaty.

No to co, chcesz wiedzieć, czemu pod choinką widzisz zabawki znanych marek? No własnie dlatego. Czasem, gdzieś, Święty Mikołaj zdoła komuś podrzucić lalę, pajaca w pudełku albo drewniany wózeczek wykonany przez elfy, ale przeważnie po prostu jedzie do supermarketu i kupuje co trzeba. Oczywiście w lecie, bo wtedy łatwiej jest o dobrą promocję, na której kupi się kilkadziesiąt pudełek LEGO, setkę latawców, tysiąc baloników i kilka skrzyń różnych elektronicznych przeszkadzajek.

Więc jak zobaczycie dużego faceta z wózkiem pełnym zabawek jakoś koło środka lipca, to odwróćcie wzrok. Nie dajcie mu poznać, że go zauważyliście. Jest strasznie nieśmiały.

Written by Srebrna

2015/12/23 at 20:39

Posted in Originals

Lądowanie

leave a comment »

Obcy byli cierpliwi.
Trzeba im przyznać, wysłali jako forpocztę dość interesujące oddziały.
Strach, który powoli, z miesiąca na miesiąc, opanowywał Ziemię, miał wiele form.
Nasza lokalna forma wyglądała jak dobrze wyrośnięta, smoliście czarna hiena z psychotycznym uśmiechem Kota z Cheshire i wielkimi, żółtymi ślepiami. Po kilku godzinach w jej towarzystwie miało się wrażenie, że hieny z Króla Lwa to przyjemne i łagodne stworzonka.
Hieny z Króla Lwa nie były zmiennokształtne.
Nasza hiena – tak ją nazywaliśmy, mimo zaledwie miesięcznego pobytu na tej placówce – miała trzy formy, o których wiedzieliśmy. Wspominana już czarna bestia, potwór wyglądający jak pionowa kałuża czarnych macek i śluzu oraz słodziuśki, grubiutki szczeniaczek. Dwie pierwsze postacie znakomicie broniły się w razie ataku, a trzeciej zwyczajnie nikt nie miał serca skrzywdzić.
Cholera była nadzwyczaj inteligentna, aż podejrzewaliśmy ją o śladową telepatię.

Skończyłam właśnie spotkanie z kilkunastoma innymi sekretarzami obozów i zamykałam za ostatnim drzwi, kiedy poczułam na łydce ciepły, wilgotny oddech. Znaczyło to, że tym razem prezentuje światu szczeniaczka. Nie lubiłam żadnej z form – panicznie boję się psów, każdej rasy wyższej od jamnika – więc szczeniaczek też do mnie nie przemawiał. Patrzyłam jednak na niego uważnie, wiedząc, że dopóki patrzę, to się nie zmieni. Taki mały sekret ich fizjologii. Nie mogą nic zrobić, dopóki nie odwrócisz wzroku. Cóż, każde dziecko już teraz wie, czemu należy patrzeć uważnie na wszystkie mijane zwierzęta.
Zmiana trwała chwile, więc zwykle miało się niezerowe szanse na ucieczkę, a nasza hiena jeszcze nikogo tak naprawdę nie wykończyła. Tylko pokiereszowała kilku mniej uważnych strażników.
Jest jednak problem z oddaleniem się od niej, zwłaszcza jeżeli idzie te pół piętra za tobą. Pierwszy raz w życiu schodziłam tyłem sześć pięter. Ludzie idący niżej oglądali się z niepokojem, ale zamachałam, żeby się ulatniali, w razie gdyby czarna zaraza usiłowała skakać.
Prawie jej uciekłam. Niestety, była nadzwyczaj zwinna we wszystkich formach (po drodze cichcem zmieniła się w hienę właściwą, kiedy się potknęłam) i zdołała się wymknąć, zanim zatrzasnęłam drzwi. Zacisnęłam zęby i złapałam ją za skórę na karku, po czym żołądek mi się zbuntował, bo niespodziewanie zmorfowała na moich oczach, znów w szczeniaczka. Nie był on wcale od hieny mniejszy, za to grubszy i bardziej puchaty. Zaletę miał taką, że domorfowała mu obrożę.
Złapałam za obrożę i wepchnęłam skomlącego potworka z powrotem do korytarzyka. A potem to już było tylko otworzyć drzwi, wepchnąć szczeniaczka, zamknąć drzwi, otworzyć drzwi, wepchnąć szczeniaczka, zamknąć drzwi. Byłam gotowa przysiąc, że ona jest z rtęci. Albo żelatyny. Przesmykiwała się przez szparę w drzwiach, z której może mysz mogłaby skorzystać.
Patrzyła na mnie z wywieszonym ozorem, a z całej jej wrednej postaci emanowało jedno wielkie “co mi zrobisz”. W końcu poddałam się, zakładając że jeżeli chciałaby mnie zeżreć, to miała dość okazji przez ostatnie dwadzieścia minut, więc najwyraźniej się ze mną droczy. Jest zatem szansa, że dotrę na miejsce zbiórki cała.
Spacer parkiem przy ośrodku był zwykle dość przyjemny – ponoć dawniej bywały tu konferencje naukowe, na których frekwencja na salach dochodziła najwyżej do dziesięciu procent, bo uczestników nie dało się zagonić do budynku, jak już się rozpełzli po terenie. Tym razem jednak towarzyszyło mi urocze stworzonko, którego wzrok czułam jak fizyczny dotyk na plecach. Na dodatek raz na czas dobiegał mnie odgłos jakby zbiorowego strzelania palcami przez oddział znużonych pracą maszynistek, połączony z bardzo organicznym, wręcz śluzowatym dźwiękiem zasysania/przedmuchiwania – to hiena morfowała pomiędzy swoją postacią właściwą a hieną.
Nawet nie próbowała mnie dotknąć macką, co nie zmieniało faktu, że spacer był nader niekomfortowy.
Pod namiotem jadalni zgromadzili się już przywódcy okolicznych obozów, a Hania rozdzielała punkty kolejnym zastępom. Westchnęła na mój widok, lekko przewracając oczami, ale kiedy do namiotu wszedł za mną kłąb macek i amorficznych paszcz, pokiwała tylko głową ze zrozumieniem.
– Irena, wasza grupa będzie kursować pomiędzy sześcioma punktami na dużej polanie. Z wyliczeń wynika, że tam jest niskie prawdopodobieństwo lądowania, więc nie musimy mieć pełnej obsady, ale w razie czego wiecie, jak się rozstawić, żeby uzyskać dziewięćdziesiąt procent siatki.
Obcy wykonali już kilka prób lądowania. Szczęśliwie dla nas byli dość tradycyjni pod tym względem i trzymali się dat w okolicach przesileń, równonocy i tym podobnych. Astronomia przechodziła w tym roku niespodziewany renesans. Niestety dotyczyło to również astrologii, wróżbiarstwa, numerologii i innych nauk podejrzanych (zwanych przez praktykujących je “niezależnymi”).
Nasza misja opierała się jednak na tonach papierów dostarczonych przez zespół fizyków, astronomów i historyków, którzy skorelowali miejsca i czasy prób lądowania obcych z kilkoma dawnymi świętymi gajami (na przykład pod Wawelem) i kurhanami (pech, że w Nowej Hucie) oraz początkiem wiosny.
Mechy obcych, spadające znienacka prawie że na dzieciaki topiące pod Wawelem Marzannę dały podstawę do obliczeń i estymacji, które sprowadziły cały nasz szczep do tego parku na miesiąc przed Nocą Kupały. Mieliśmy tu czekać, w odpowiednim momencie wyjść w pole i stanowić blokadę.
Znów szczęśliwie dla nas, obcy mieli wyraźne opory przed lądowaniem na istotach żywych.
Patrzyłam na interaktywną mapę, na której Hania oznaczała najbardziej prawdopodobne – według komendy i naukowców – punkty lądowania. Nasza polanka miała kod zaledwie pomarańczowy, niskie ryzyko.
– Haniu? – ktoś z drugiej strony pochylił się nad mapą. – Czemu wszystkie czerwone punkty są ułożone w jednej linii?
Komendantka obozu wzdrygnęła się.
– Takie mam dane – zgrzytnęła.
Nikt nie mówił tego głośno, ale po miesiącu zabaw w terenie domyśliliśmy się, że prawdopodobne lokalizacje zostały wyznaczone zgodnie z przebiegiem linii geomantycznych. Oczywiście oficjalna dokumentacja zawierała kilometry kalkulacji i skomplikowanych objaśnień. Podejrzewaliśmy, że dlatego też podzielono teren na tak małe odcinki dla każdego zespołu – na naszym kawałku mapy ledwo dało się zauważyć, że najważniejsze punkty tworzą coś poza luźnym zgrupowaniem.

Czekałyśmy na naszej polance i marzły nam nogi. Czerwiec czerwcem, ale o piątej rano nigdy nie jest ciepło.  Szczęśliwie nikt nie upierał się przy tym, żebyśmy się jeszcze wystroiły w pełne umundurowanie, więc dziewczyny siedziały na zrolowanych karimatach w spodniach od dresu i polarowych kurtkach w kolorach szczepu i tylko nasze berety zdradzały jakąś konkretną organizację.
Rozwinęłam e-papier z mapą i zsynchronizowałam dane. Wciąż żadnych śladów lądowania w naszym sektorze.
– Myślę, że będzie cisza – westchnęła Anka. – Zawsze trafiam na te miejsca, gdzie nic się nie dzieje. Kiedyś spędziłam cały dzień na Białej Służbie i nikt nawet wody nie chciał. Jak pilnowałam przejazdów, to zawsze się okazywało, że była zmiana trasy.
– Kiedyś musi ci się trafić – pocieszyła ją Zenia.
– Szczerze mówiąc, wolałabym żeby to nie było dzisiaj.
No i nie było, przynajmniej nie dla nas.
Koło dwunastej nadszedł sygnał, że zaobserwowano w okolicach Skałki pierwsze próby. Tamtejsza drużyna, współpracująca z mnichami, rozstawiła się w pełnej siatce po okolicy, na tyle gęsto, że lądujący mega-robot nie zdołał znaleźć dość miejsca. Co ciekawe, nie przeleciał na drugą stronę i nie wylądował na bulwarach zaraz obok, mimo że tam nie stał nikt.
Po pierwszej nad lasem o pół kilometra od nas pojawiły się pierwsze punkty światła. Trzy utrzymywały się dobre dwieście metrów ponad koronami drzew, ale jeden powoli i ostrożnie zszedł jednak na tyle nisko, że przez lornetkę mogłyśmy wypatrzyć szczegóły.
Robot był lśniący, głównie na zawiasach, czy też stawach. Ogólnie humanoidalny, dwie kończyny dolne, dwie górne, coś jakby głowa. Na większej części powierzchni pokryty był jednak czymś dodatkowym, niezbyt wyraźnym. Poprawiłam ostrość lornetki.
Pokryty był gęstym różowym futerkiem.

– Jednak im się udało.
Hania patrzyła ze złością na mapę, na której główny komputer wykreślał już linie straż i teren ewakuacji.
– Już przyszła informacja z komendy, nie są zachwyceni. Za godzinę będzie tu grupa negocjacyjna ze specjalistami wojskowymi. Do tego czasu mamy się zwinąć i przygotować do zdania całą dokumentację naszych manewrów. Mają nam za złe, że puściliśmy nawet jednego. Reszta odleciała, czym też nie są zachwyceni, ale przynajmniej tego nie mogą zwalić na nas.
Złapałam kolejne pudło i przewlokłam pod jej stolik.
– Jak Jurek i Zośka?
– Pokiereszowani, ale żywi. Już polecieli do szpitala wojskowego, podobno pobrać próbki z ran, w razie gdyby coś się tam miało rozwinąć – przegarnęła włosy obiema dłońmi, tworząc rozkudłany rudy kłąb symulujący kok. – Nie rozumiem, co jej odbiło.
– A rozumiałaś cokolwiek, co robiła?
Wzruszyła tylko ramionami.
Trochę żal było czarnej cholery, bo przyzwyczailiśmy się do niej. Dość dziwne ze strony obcych, że wylądowali dokładnie na niej – żywa istota, jakby nie było – kiedy już odpędziła Jurka i Zośkę z ich wyznaczonego punktu.

Obcy, kiedy już zdołaliśmy się z nimi porozumieć i kiedy nasze pytanie doczekało się swojej kolejki, zamrugali ponoć wielkimi oczami i przyznali, że zupełnie nie rozumieją. Nie lądowali na ludziach i zwierzętach, bo kiedyś zaindukowali tutaj przez przypadek jakiś kult i mieli poczucie winy wobec biednych wiernych, którzy zbierali się w świętych gajach i na polankach. Jednak kiedy podchodzili do lądowania tym razem, ich czujniki nie zarejestrowały niczego na tym kawałku pola, więc spokojnie dokończyli manewry.
Całym celem ich wyprawy było, jak stwierdzili, wyjaśnienie miejscowym, że nie są bogami. Byli uszczęśliwieni zapewnieniami ze strony naszych polityków, że nie czujemy się urażeni i że poradziliśmy sobie z tym zagadnieniem jakiś czas temu.
Wygląda na to, że ich odmiana komisji etyki w oddziałach zwiadowczych dotarła do raportu z Ziemi i, w panice, kazała wystawić całą flotę, która poleci i naprawi tragiczne skutki nieostrożności członków poprzedniej wyprawy. Ponieważ biurokracja na każdej planecie jest sprawą raczej powolną, w sumie zajęło im to nieco więcej czasu, niż się spodziewali.

Po przesunięciu wielkiego, różowego, kudłatego mecha, znaleziono szczątki czarnej hieny. Wyraźnie została złapana w trakcie morfowania, bo widać było częściowo ślady po szczeniaku.
Pobrane próbki poleciały do Moskwy i Londynu na analizę. Obcy również zebrali kilka i zamknęli się w swoim laboratorium na kilka godzin. Kiedy już ich dowódca wyszedł, trzymał się blisko robota-lądownika i był sam.
Strażnikowi, pilnującemu polany, oddał plik dokumentów i poklepał go po łokciu. Zamrugał wielkimi oczami na czubkach grubych czułków i wycofał się z powrotem.
– Mamy nadzieję, że sobie poradzicie – zatrzeszczało jego pudełko tłumaczące. – Odwiedzimy was niedługo.

Ci inni obcy też byli cierpliwi. Tylko że ich mechy miały macki.

Written by Srebrna

2014/12/27 at 02:33

Posted in Originals

Tagged with , , , ,

[PL] Wiersze o Brokilonie

leave a comment »

No to jak jeden las Srebrnej, to i drugi. Długo byłam Przyjaciółką Brokilonu. Ciekawe, czy driady w lesie nadal używają emotów, które napisałam dla gildii driad.

Brokilon

Lat tysiace dzis szumia nad moja glowa
Lisci dywan sciele sie pod moje stopy
Cyt… Nie, nie wchodz tutaj za mna, niebezpiecznie
Nie wchodz, jesli zginac nie chcesz w Brokilonie

Gdy polujesz na mnie, poluj smialo w miescie
Czekaj pod Gildyi mojej bramy, w Athel
Czekaj, lecz gdy ujrzysz mnie kiedy nareszcie
Wiedz ze ukryc mam sie gdzie, czlecze slaby

Sledz mnie dlugo i wytrwale, wszak to latwe
Pewniem czyms ci zawinila, w to nie watpie
Lecz jezeli chcesz zachowac cialo cale
To pozostac na polnocnym Wstazki brzegu

Nie, nie groze, jeno ostrzec cie probuje
Nie wchodz tutaj, ot, tak, zwykla, prosta rada
Nie posluchasz? Twoja wola, nie zakaze
Lecz… Ot, widzisz, oto strzala. Nie mowilam?

Zaraz wiecej ich nadleci, bo na drzewach
I w ostepach dzikich siedza siostry moje
Nie, nie elfki to sa, nie ludz sie daremnie
To sa driady, co przed toba Lasu bronia!

Cisza Brokilonu

Cichutki krok wilka, weza ostry syk
Losia okrzyk gluchy i jelenia bek
Nikt tu im nie wadzi, nie stawia pet nikt
To Las Brokilonski, gdzie nie trafia czlek

Nikt tutaj nie wejdzie kto im niemily
Im – to znaczy driadom, co w tym Lesie sa
Lasu strazniczkami sie mianowaly
Lasu – co ich miejscem, domem dla nich jest

Lasu strazniczkami, wiec Lasu bronia
Przed obcym co wejsc chce, chce sie wedrzec tam
Strzaly ich niechybne kazdego trafia
Wiec nie wchodz wedrowcze w ich zielony dom

Wyjsc stamtad jest trudno, nie pomoga ci
A raczej pomoga… wysla w zaswiaty
Wiec nie zal sie pozniej – one bronia sie
Dla nich kazdy wrogiem, a wiec takze ty…

Groźba Brokilonu

Kon rwie sie w wedzidle, skacze jak oszalaly
Nerwy cie zawodza, strach juz po plecach pelza
Po co tys tu zajrzal, czlecze nazbyt smialy?
Po cos w Brokilon wstapil? Las to ludziom wrogi…

Tu opar zdradliwy sciezki ci zasloni
Tu strzala zza drzewa zycia cie pozbawi
Wycofaj sie, gdy zycie chcesz zachowac
Lepiej stad odejdz, bo spadniesz we Wstazki tonie

Lasu tego strzeze nie ludzka dlon, o, nie!
Lecz driad mieszkajacych w jego sercu dlonie
Driad, co ponad wszystko wolnosc cenia sobie
Wolnosc, cisze, swobode… i od wrogow spokoj!

Wrogiem im dzis byc nie chcesz? Lecz jutro byc mozesz!
Czlowiekiem-s, tedy zaped podbojow twoj wieczny!
Odejdz lepiej, lub sciezke zascieli twe cialo!
Odejdz i skryj sie w miastach – tam jestes bezpieczny

Lecz rzeke ci, cny wedrowcze, czas na miasta przyjdzie
Gdy las znow sie obudzi, gdy do walki stanie
Wtedy miejsca nie znajdziesz na swiecie juz nigdzie
Gdzie bys skryc sie mogl… jako driady dzisiaj…

Las

Las zamyka sie dokola mojej glowy
Wiatr rozwiewa moje wlosy, gwizdze w uszach
Slonce grzeje moja skore, razi oczy
Woda szumi, zapraszajac do kapieli.

Drzewa wokol szepcza mi swe tajemnice
Kwiaty ksztaltem i kolorem k’sobie wabia
Ziola pachnac przekonuja o swej mocy
Ziemia wspiera moje kroki w kazdej chwili

Dom moj drzewny i lisciasty mam tuz obok
Stoje w srodku jego i podziwiam
Jak natura uksztaltowac mogla sie tu
Tak bym mieszkac mogla i bezpiecznie i wygodnie

Kazda skala, korzen galaz i zwierz drobny
Znany mi jest jak innemu miasta bruki
Tak wiec zostac tu chce, cena zadna
Nie jest tak wysoka, by jej nie zaplacic…

Naj…

Lisci poszum muzyka dla mnie najmilsza
Wody szmer spiewem czystszym niz inne
Trawy szelest opowiescia najskrytsza
Ptakow trele – kolysanka najlepsza

Drzew galezie – dachem nad moja glowa
Pnie, korzenie – sciana domu i lozem
Strumien bystry – ochloda dla twarzy
Ziemia czarna – zyciodajna matka

Niebo tutaj najczystsze na swiecie
Wiatr najswiezsze zapachy niesie
Zwierzat tupot – piekne przebudzenie
Brokilon – Puszcza ze wszystkich pierwsza…

 

Written by Srebrna

2014/04/20 at 00:00

Posted in MUD/RPG, Originals, Poems

Tagged with , , , , , ,

What actually is Santa’s secret?

leave a comment »

How does he manage this wonderful feat of going all around the world in one night and delivering gifts to all children who believe in him?

Well, my dear, the whole thing about Santa is that it’s almost all fake. Not all, but almost.

Why?

Well… when Santa Claus – actually, Saint Nicolas – started the whole gift-giving thing, he was all about the children in dire need (or in not so dire one, but still hard to fulfill). He wasn’t very strong at maths, though. He guessed, more or less, the number of people on Earth (of which he knew mostly Europe) and so also guessed the number of children he would need to visit. He was wrong in both cases.

After a few dozen years he noticed that although he’s trying to give something to each little tot he can reach, there are still many, many children left with no gifts.

So you know what he did? He created the first franchise ever in the whole world.

Franchise is when someone has a great idea but doesn’t want to produce more or work longer, so he sells others the idea and allows them to use his plans, logo and whatever is needed so that they can imitate him (or her).

Santa found some very nice people who also were all about the children and shared with them the general goal of giving the kids something to brighten the very middle of winter. Very middle of winter is a dark, cold and usually quite unpleasant time, so everyone needs something to brighten it.

So Santa gave away some “info-packs” that covered the dates, general timelines of gift-giving, shared the access to his toy factory and helped his new friends to set up their own routes and ways of working, like in properly managed teamwork. It wouldn’t do for them to go to one child twice and to miss another, after all.

So they divided their duty areas more or less by the country borders (more or less, as this changes constantly) and Saint Nick could kick back a bit and be sure that when he is falling on his face after his deliveries, someone else, like Kris Kringle, is delivering his part in Americas.

Turned out that it was a good idea, as not only he found more humans to be living on Earth that he counted originally, but also, well… they multiplied. Each year there were more children to visit and if he tried to cover all these cities and villages in only one night he would have disappointed so many. But by sharing the task with others – Sinterklaas (and Zwarte Pietr), Father Christmas (who didn’t want to tell anyone his actual true name), Ded Moroz (who was better suited to long journeys through empty Siberia), and even several Angels (who skive off their choir hours on that day) – he managed to spread the pressure a bit.

Now, sometime around 17th or 18th century there came a question of upgrading the toy factory. The thing is, elves are very, very traditional. Little guys, very creative, terribly kind and highly intelligent but not that good as far as change is considered. I mean, come on. They still think all gifts for all kids in Europe will fit in one sack (I admit, it’s a big sack, bigger on the inside even, but still it’s not bottomless!). They think the number of children in Finland is below 1000. They… well, they really aren’t big on change.

So they went on strike when told to do something more modern than just soft dollies and toy soldiers.

After two months Santa gave up, changed into his civilian garb and went shopping. Fortunately the rare metals collected by them all over the years and treasures found by accident did fund a good shopping spree in one of the then-new malls. He shared the solution with his friends and they all agreed that elves got way too stubborn about their traditions, and as the world was changing, kids wanted something more sophisticated. Kids change much faster than elves do, that’s for sure.

So you want to know why you see a toy of one of well-known brands under your Christmas Tree? That’s exactly why. Sometimes, somewhere, Santa still manages to drop off a few simple dolls or a jack-in-a-box, or a toy wagon made by elves, but in most cases he just steals off to the mall and goes shopping. In the summer, of course, when there is more chance of getting a great deal on a five dozen boxes of LEGO, a hundred kites, a thousand balloons and several crates of assorted electronic noise-makers.

So if you see a big man with a trolley full of toys in July, just look the other way and whistle. Don’t let him know you’ve spotted him. He’s really shy.

Written by Srebrna

2013/12/06 at 03:26