My fanfiction and other random ramblings

my thoughts on how to write (or not)

Archive for December 2014

Lądowanie

leave a comment »

Obcy byli cierpliwi.
Trzeba im przyznać, wysłali jako forpocztę dość interesujące oddziały.
Strach, który powoli, z miesiąca na miesiąc, opanowywał Ziemię, miał wiele form.
Nasza lokalna forma wyglądała jak dobrze wyrośnięta, smoliście czarna hiena z psychotycznym uśmiechem Kota z Cheshire i wielkimi, żółtymi ślepiami. Po kilku godzinach w jej towarzystwie miało się wrażenie, że hieny z Króla Lwa to przyjemne i łagodne stworzonka.
Hieny z Króla Lwa nie były zmiennokształtne.
Nasza hiena – tak ją nazywaliśmy, mimo zaledwie miesięcznego pobytu na tej placówce – miała trzy formy, o których wiedzieliśmy. Wspominana już czarna bestia, potwór wyglądający jak pionowa kałuża czarnych macek i śluzu oraz słodziuśki, grubiutki szczeniaczek. Dwie pierwsze postacie znakomicie broniły się w razie ataku, a trzeciej zwyczajnie nikt nie miał serca skrzywdzić.
Cholera była nadzwyczaj inteligentna, aż podejrzewaliśmy ją o śladową telepatię.

Skończyłam właśnie spotkanie z kilkunastoma innymi sekretarzami obozów i zamykałam za ostatnim drzwi, kiedy poczułam na łydce ciepły, wilgotny oddech. Znaczyło to, że tym razem prezentuje światu szczeniaczka. Nie lubiłam żadnej z form – panicznie boję się psów, każdej rasy wyższej od jamnika – więc szczeniaczek też do mnie nie przemawiał. Patrzyłam jednak na niego uważnie, wiedząc, że dopóki patrzę, to się nie zmieni. Taki mały sekret ich fizjologii. Nie mogą nic zrobić, dopóki nie odwrócisz wzroku. Cóż, każde dziecko już teraz wie, czemu należy patrzeć uważnie na wszystkie mijane zwierzęta.
Zmiana trwała chwile, więc zwykle miało się niezerowe szanse na ucieczkę, a nasza hiena jeszcze nikogo tak naprawdę nie wykończyła. Tylko pokiereszowała kilku mniej uważnych strażników.
Jest jednak problem z oddaleniem się od niej, zwłaszcza jeżeli idzie te pół piętra za tobą. Pierwszy raz w życiu schodziłam tyłem sześć pięter. Ludzie idący niżej oglądali się z niepokojem, ale zamachałam, żeby się ulatniali, w razie gdyby czarna zaraza usiłowała skakać.
Prawie jej uciekłam. Niestety, była nadzwyczaj zwinna we wszystkich formach (po drodze cichcem zmieniła się w hienę właściwą, kiedy się potknęłam) i zdołała się wymknąć, zanim zatrzasnęłam drzwi. Zacisnęłam zęby i złapałam ją za skórę na karku, po czym żołądek mi się zbuntował, bo niespodziewanie zmorfowała na moich oczach, znów w szczeniaczka. Nie był on wcale od hieny mniejszy, za to grubszy i bardziej puchaty. Zaletę miał taką, że domorfowała mu obrożę.
Złapałam za obrożę i wepchnęłam skomlącego potworka z powrotem do korytarzyka. A potem to już było tylko otworzyć drzwi, wepchnąć szczeniaczka, zamknąć drzwi, otworzyć drzwi, wepchnąć szczeniaczka, zamknąć drzwi. Byłam gotowa przysiąc, że ona jest z rtęci. Albo żelatyny. Przesmykiwała się przez szparę w drzwiach, z której może mysz mogłaby skorzystać.
Patrzyła na mnie z wywieszonym ozorem, a z całej jej wrednej postaci emanowało jedno wielkie “co mi zrobisz”. W końcu poddałam się, zakładając że jeżeli chciałaby mnie zeżreć, to miała dość okazji przez ostatnie dwadzieścia minut, więc najwyraźniej się ze mną droczy. Jest zatem szansa, że dotrę na miejsce zbiórki cała.
Spacer parkiem przy ośrodku był zwykle dość przyjemny – ponoć dawniej bywały tu konferencje naukowe, na których frekwencja na salach dochodziła najwyżej do dziesięciu procent, bo uczestników nie dało się zagonić do budynku, jak już się rozpełzli po terenie. Tym razem jednak towarzyszyło mi urocze stworzonko, którego wzrok czułam jak fizyczny dotyk na plecach. Na dodatek raz na czas dobiegał mnie odgłos jakby zbiorowego strzelania palcami przez oddział znużonych pracą maszynistek, połączony z bardzo organicznym, wręcz śluzowatym dźwiękiem zasysania/przedmuchiwania – to hiena morfowała pomiędzy swoją postacią właściwą a hieną.
Nawet nie próbowała mnie dotknąć macką, co nie zmieniało faktu, że spacer był nader niekomfortowy.
Pod namiotem jadalni zgromadzili się już przywódcy okolicznych obozów, a Hania rozdzielała punkty kolejnym zastępom. Westchnęła na mój widok, lekko przewracając oczami, ale kiedy do namiotu wszedł za mną kłąb macek i amorficznych paszcz, pokiwała tylko głową ze zrozumieniem.
– Irena, wasza grupa będzie kursować pomiędzy sześcioma punktami na dużej polanie. Z wyliczeń wynika, że tam jest niskie prawdopodobieństwo lądowania, więc nie musimy mieć pełnej obsady, ale w razie czego wiecie, jak się rozstawić, żeby uzyskać dziewięćdziesiąt procent siatki.
Obcy wykonali już kilka prób lądowania. Szczęśliwie dla nas byli dość tradycyjni pod tym względem i trzymali się dat w okolicach przesileń, równonocy i tym podobnych. Astronomia przechodziła w tym roku niespodziewany renesans. Niestety dotyczyło to również astrologii, wróżbiarstwa, numerologii i innych nauk podejrzanych (zwanych przez praktykujących je “niezależnymi”).
Nasza misja opierała się jednak na tonach papierów dostarczonych przez zespół fizyków, astronomów i historyków, którzy skorelowali miejsca i czasy prób lądowania obcych z kilkoma dawnymi świętymi gajami (na przykład pod Wawelem) i kurhanami (pech, że w Nowej Hucie) oraz początkiem wiosny.
Mechy obcych, spadające znienacka prawie że na dzieciaki topiące pod Wawelem Marzannę dały podstawę do obliczeń i estymacji, które sprowadziły cały nasz szczep do tego parku na miesiąc przed Nocą Kupały. Mieliśmy tu czekać, w odpowiednim momencie wyjść w pole i stanowić blokadę.
Znów szczęśliwie dla nas, obcy mieli wyraźne opory przed lądowaniem na istotach żywych.
Patrzyłam na interaktywną mapę, na której Hania oznaczała najbardziej prawdopodobne – według komendy i naukowców – punkty lądowania. Nasza polanka miała kod zaledwie pomarańczowy, niskie ryzyko.
– Haniu? – ktoś z drugiej strony pochylił się nad mapą. – Czemu wszystkie czerwone punkty są ułożone w jednej linii?
Komendantka obozu wzdrygnęła się.
– Takie mam dane – zgrzytnęła.
Nikt nie mówił tego głośno, ale po miesiącu zabaw w terenie domyśliliśmy się, że prawdopodobne lokalizacje zostały wyznaczone zgodnie z przebiegiem linii geomantycznych. Oczywiście oficjalna dokumentacja zawierała kilometry kalkulacji i skomplikowanych objaśnień. Podejrzewaliśmy, że dlatego też podzielono teren na tak małe odcinki dla każdego zespołu – na naszym kawałku mapy ledwo dało się zauważyć, że najważniejsze punkty tworzą coś poza luźnym zgrupowaniem.

Czekałyśmy na naszej polance i marzły nam nogi. Czerwiec czerwcem, ale o piątej rano nigdy nie jest ciepło.  Szczęśliwie nikt nie upierał się przy tym, żebyśmy się jeszcze wystroiły w pełne umundurowanie, więc dziewczyny siedziały na zrolowanych karimatach w spodniach od dresu i polarowych kurtkach w kolorach szczepu i tylko nasze berety zdradzały jakąś konkretną organizację.
Rozwinęłam e-papier z mapą i zsynchronizowałam dane. Wciąż żadnych śladów lądowania w naszym sektorze.
– Myślę, że będzie cisza – westchnęła Anka. – Zawsze trafiam na te miejsca, gdzie nic się nie dzieje. Kiedyś spędziłam cały dzień na Białej Służbie i nikt nawet wody nie chciał. Jak pilnowałam przejazdów, to zawsze się okazywało, że była zmiana trasy.
– Kiedyś musi ci się trafić – pocieszyła ją Zenia.
– Szczerze mówiąc, wolałabym żeby to nie było dzisiaj.
No i nie było, przynajmniej nie dla nas.
Koło dwunastej nadszedł sygnał, że zaobserwowano w okolicach Skałki pierwsze próby. Tamtejsza drużyna, współpracująca z mnichami, rozstawiła się w pełnej siatce po okolicy, na tyle gęsto, że lądujący mega-robot nie zdołał znaleźć dość miejsca. Co ciekawe, nie przeleciał na drugą stronę i nie wylądował na bulwarach zaraz obok, mimo że tam nie stał nikt.
Po pierwszej nad lasem o pół kilometra od nas pojawiły się pierwsze punkty światła. Trzy utrzymywały się dobre dwieście metrów ponad koronami drzew, ale jeden powoli i ostrożnie zszedł jednak na tyle nisko, że przez lornetkę mogłyśmy wypatrzyć szczegóły.
Robot był lśniący, głównie na zawiasach, czy też stawach. Ogólnie humanoidalny, dwie kończyny dolne, dwie górne, coś jakby głowa. Na większej części powierzchni pokryty był jednak czymś dodatkowym, niezbyt wyraźnym. Poprawiłam ostrość lornetki.
Pokryty był gęstym różowym futerkiem.

– Jednak im się udało.
Hania patrzyła ze złością na mapę, na której główny komputer wykreślał już linie straż i teren ewakuacji.
– Już przyszła informacja z komendy, nie są zachwyceni. Za godzinę będzie tu grupa negocjacyjna ze specjalistami wojskowymi. Do tego czasu mamy się zwinąć i przygotować do zdania całą dokumentację naszych manewrów. Mają nam za złe, że puściliśmy nawet jednego. Reszta odleciała, czym też nie są zachwyceni, ale przynajmniej tego nie mogą zwalić na nas.
Złapałam kolejne pudło i przewlokłam pod jej stolik.
– Jak Jurek i Zośka?
– Pokiereszowani, ale żywi. Już polecieli do szpitala wojskowego, podobno pobrać próbki z ran, w razie gdyby coś się tam miało rozwinąć – przegarnęła włosy obiema dłońmi, tworząc rozkudłany rudy kłąb symulujący kok. – Nie rozumiem, co jej odbiło.
– A rozumiałaś cokolwiek, co robiła?
Wzruszyła tylko ramionami.
Trochę żal było czarnej cholery, bo przyzwyczailiśmy się do niej. Dość dziwne ze strony obcych, że wylądowali dokładnie na niej – żywa istota, jakby nie było – kiedy już odpędziła Jurka i Zośkę z ich wyznaczonego punktu.

Obcy, kiedy już zdołaliśmy się z nimi porozumieć i kiedy nasze pytanie doczekało się swojej kolejki, zamrugali ponoć wielkimi oczami i przyznali, że zupełnie nie rozumieją. Nie lądowali na ludziach i zwierzętach, bo kiedyś zaindukowali tutaj przez przypadek jakiś kult i mieli poczucie winy wobec biednych wiernych, którzy zbierali się w świętych gajach i na polankach. Jednak kiedy podchodzili do lądowania tym razem, ich czujniki nie zarejestrowały niczego na tym kawałku pola, więc spokojnie dokończyli manewry.
Całym celem ich wyprawy było, jak stwierdzili, wyjaśnienie miejscowym, że nie są bogami. Byli uszczęśliwieni zapewnieniami ze strony naszych polityków, że nie czujemy się urażeni i że poradziliśmy sobie z tym zagadnieniem jakiś czas temu.
Wygląda na to, że ich odmiana komisji etyki w oddziałach zwiadowczych dotarła do raportu z Ziemi i, w panice, kazała wystawić całą flotę, która poleci i naprawi tragiczne skutki nieostrożności członków poprzedniej wyprawy. Ponieważ biurokracja na każdej planecie jest sprawą raczej powolną, w sumie zajęło im to nieco więcej czasu, niż się spodziewali.

Po przesunięciu wielkiego, różowego, kudłatego mecha, znaleziono szczątki czarnej hieny. Wyraźnie została złapana w trakcie morfowania, bo widać było częściowo ślady po szczeniaku.
Pobrane próbki poleciały do Moskwy i Londynu na analizę. Obcy również zebrali kilka i zamknęli się w swoim laboratorium na kilka godzin. Kiedy już ich dowódca wyszedł, trzymał się blisko robota-lądownika i był sam.
Strażnikowi, pilnującemu polany, oddał plik dokumentów i poklepał go po łokciu. Zamrugał wielkimi oczami na czubkach grubych czułków i wycofał się z powrotem.
– Mamy nadzieję, że sobie poradzicie – zatrzeszczało jego pudełko tłumaczące. – Odwiedzimy was niedługo.

Ci inni obcy też byli cierpliwi. Tylko że ich mechy miały macki.

Advertisements

Written by Srebrna

2014/12/27 at 02:33

Posted in Originals

Tagged with , , , ,