My fanfiction and other random ramblings

my thoughts on how to write (or not)

[PL] Rozerwanie

leave a comment »

Czyli coś o leśnej elfce, która kocha morze.
Wiatr w koronach drzew zawodzi jak duchy potepionych, skazanych na wieczna tulaczke. Zimno przenika moja skore, lecz nie zimno wiatru, tylko leku. Leku, ktory zrodzil sie w dniu, gdy po raz pierwszy o wlos uniknelam smierci.

Nigdy juz nie pozbede sie go, niegdy nie przestane ogladac sie przez ramie, podskakiwac na kazdy odglos. Nie bede spokojna, nie moge utracic czujnosci, musze wypatrywac zagrozenia. Jedynym ukojeniem dla serca i skolatanej duszy jest muzyka. Muzyka i natchnienie, ktore rodzi poezje. Lecz poezja nie jest ukojeniem, poezja tylko rozszarpuje glebiej rany w moim sercu. Rany, ktore zadalo mi zycie, ktore zadalam sobie sama.

Muzyka niesie spokoj, lecz to spokoj zludny, bo jak mozna byc spokojnym gdy za kazdym kamieniem moze czaic sie smierc? Gdy zza drzewa moze wychynac twarz pozornie przyjazna, twarz brata, ktora okaze sie byc twarza zaglady i zdrady? Gdy kazdy, niby niewinny szelest moze niesc ze soba wiesc o smierci? Muzyka daje ukojenie na chwile, gdy gram, gdy zapominam, kim jestem, gdzie jestem i czemu powinnam sie bac. Kiedy milknie, znow strach przychodzi po mnie, zabiera spokoj i lagodnosc, zostawia napiecie, lek i rozpacz.

Wiatr wyje, jakby plakal, jakby zalowal mojego spokoju, niewinnosci duszy i utraconej lagodnosci. Ale ja mu nie wierze, wiatr tez mnie zdradzil, jak wszystko inne, jak ziemia… Z kazdej strony moze czekac pulapka – wiatr zaglusza kroki zabojcow, ziemia wycisza uderzenia kopyt. Tylko drzewa mnie jeszcze nie zdradzily. Drzewa, stojace wiekami, bedace zarazem przemijaniem i trwaniem, wiecznoscia i chwila… Lisc zerwany z drzewa znika ze swiata w kilka tchnien, drzewo rosnie wiekami, stajac sie pewna podpora. Tylko na nich mozna polegac, tylko im moge zaufac, tylko drzewa nigdy nie zmieniaja twarzy.

Drzewa… Najwyzsze, najwspanialsze, najstarsze… Drzewa, ktorych nie obali dlon ludzka czy jakakolwiek inna, miedzy ktorymi skryc sie moge kiedy bol i lek wladaja moja dusza, drzewa! Pokryte kora, ktorej zaglebienia to historia minionych lat, same staja sie historia, terazniejszoscia i przyszloscia. One staly wczesniej niz pierwszy z nas ujrzal gwiazdy i upadna jako ostatnie, gdy juz nikt zywy nie bedzie mogl patrzec na to… Gdy juz wszyscy zapomna kim byli, skad przyszli, dokad podazali. Gdy juz zycie nijakie na swiecie istniec nie bedzie, poza nimi, drzewami, istotami wiecznosci.

Wiatr szarpie ich koronami, jakby chcial je ukarac za to, ze kryja mnie w swych ramionach. Moze zazdrosci im tej pewnosci, stania, trwalosci? Nie obchodzi mnie ten zdrajca… Chce sie przytulic do kory drzew w Najstarszej Puszczy, bo one sa najwierniejsze. Inne sa mlode, inne nie pamietaja, a te! Te zawsze pamietac beda czasy gdy to one wladaly znanym swiatem! To one widzialy pierwsze kroki i slyszaly pierwsze slowa. One patrzyly jak modlilismy sie do slonca, ksiezyca i gwiazd, jak odkrywalismy siebie nawzajem… Widzialy jak bratalismy sie z innymi, jak klocilismy sie i zdradzalismy, jak powracalismy… Upadaly krolestwa, nastawaly nowe, a one wciaz patrzyly z niezmierzona cierpliwoscia nieskonczonosci.

Drzewa nie zdradzaja. One sa na to zbyt madre. Czekaja, az powrocimy do nich, az znow uwierzymy w slonce, ksiezyc i gwiazdy, w cisze i spokoj ich konarow. W lagodnosc duszy.

Drzewa niosa mi ukojenie. Najstarsza Puszcza jest najwspanialsza kolebka dla mojego zmeczonego serca. Tylko tu moge nie myslec, nie ogladac sie za siebie. Tylko tu, wsrod najmadrzejszych istot swiata.

Kule sie w zalomie konaru wielkiego debu i patrze ponad koronami innych drzew. I nawet tu, w sercu Brokilonu, jestem rozdarta na pol. Nie wiem, gdzie pojsc, czy zostac i zaszyc sie w lasach czy wyjsc na zewnatrz i znow sie bac… Czy podazyc tam, gdzie drugi raz w zyciu uslyszalam ten sam szum, ta sama piesn wiecznosci i spokoju? Patrze na korony drzew i widze je, ale ich nie widze, a przez nie widze fale morskie, zielenia bogate jak korony drzew pode mna. Serce mi bije, bo niemal juz na horyzoncie pojawiaja sie biale zagle, na widok ktorych niegdys usmiechnelam sie ze spokojem od tak dawna nieznanym. Biale zagle lekkich, morskich statkow, niesionych wiatrem i fala. Wiatrem, ktory zdradza, fala, ktora jak liscie i drzewa, wiecznoscia jest i przemijaniem.

Fala ulotna jak piorko, jak listek, jak pyl, morze odwieczne, istniejace, niepokonane.

Dusza moja placze, gdyz wybor jest srogi, a jezeli jedno z nich pokocham bardziej, drugie nigdy juz nie przyjmie mnie do siebie. Nie zaznam spokoju w lesie, jezeli zamieszkam na morzu, nie zaznam spokoju wsrod fal, gdy zostane tutaj… Cierpienie wycina blizny na mojej duszy. Nie moge, nie moge wybrac… Zal dusi mnie, nie moge, nie moge… Nie moge zostawic drzew, nie moge porzucic morza… Coz mi po morzu, jezeli drzewa nie beda chcialy juz ze mna rozmawiac, coz mi po drzewach, jezeli fale nie zechca mnie kolysac?

Co czynic, gdy dusze rozerwana mam na dwoje, gdy serce w dwie strony ciagnie, samo nie wiedzac czego chce od swiata? Co wybrac, gdy od wyboru zycie zalezy…?

Muzyka przynosi ukojenie…

Advertisements

Written by Srebrna

2014/06/18 at 00:00

Posted in MUD/RPG

Tagged with , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: