My fanfiction and other random ramblings

my thoughts on how to write (or not)

[PL] Wiersze filozoficzno-życiowe i z okazji

leave a comment »

Trochę wierszy “życiowych” Srebrna też ma w swoim portfolio.

Cel życia

Jesli wejdziesz na najwyzsza wieze,
Jesli zlowisz ta najwieksza rybe,
Jesli znajdziesz ten najwiekszy diament,
No to o czym bedziesz marzyc pozniej?

Jesli juz pokonasz wszystkich wrogow,
Zbadasz swiata wszystkie tajemnice,
Gdy zdobedziesz wdzieki pieknych kobiet,
To na jutro juz ci nic nie pozostanie…

Gdyz… czym zycie jest bez wyzwan, czy bez celu?
Czym zapelnisz puste dla spelnienia,
O czym myslec, co planowac bedziesz,
Gdys juz wszystko widzial, wszystko opanowal?

Zostaw sobie chociaz jedno miejsce,
Choc skarb jeden, jedna wyspe morza,
Jedna gore, ktorej nie zdobedziesz
I o ktorej snic na zawsze bedziesz…

Jeden punkt na mapie, jedno miasto,
Co tajemnic bedzie pelne dla cie zawsze,
Co nie zwiedzisz go, nie sprawdzisz, kto w nim mieszka
I na zawsze bedziesz marzyc o nim mocen.

Ile stąd mil…?

Ile stąd mil do Gwiezdnych Pól?
Ni jedna, ci rzeknę, i wszystkie.
Lecz jakże dojść tam, bracie mój?
Patrz prosto w jasną swieczkę.

Lecz czy nie zgaśnie ona mi,
nim trafię tam i wróce?
Nie, nie boj sie, to jest ot tuz,
Za jednym oka mgnieniem.

Lecz skoro to jest blisko tak,
To czemuz tak daleko?
O jedno bicie serca stad,
O oddech jeden, drgnienie.

Ale nie dotrzesz nigdy tam,
Jesli zly czas wybierzesz,
Bo miedzy dzwonu “ding” i “dong”
Wejsc musisz pewnym krokiem.

Lecz nie zawahaj sie ni raz,
Bo jedno twe zwatpienie
Obroci ciebie w pyl i proch
Strach – zepchnie w zapomnienie

Kiedy juz w Gwiezdna wkroczysz Ton
Pamietaj o powrocie
Bo czasu tylko tyle masz,
Co plomien, co migoce

Powrocisz tu, lecz nie ten sam
W twych oczach blysna gwiazdy
I nic juz tu, wsrod lasow, gor
Nie bedzie ciebie godnym

Bo kto wsrod Gwiezdny wkroczyl Lud,
Kto z nimi zyl ich zyciem
Ten nigdy juz nie zdola tu
Szczesliwym byc naprawde

Kres podrozy

Pewnego dnia przed soba masz
Zamku wysokie mury
Lub lasu cien czy rzeki brzeg
Albo gor zrab ponury

I westchniesz wtedy “Tak, to tu”
Odlozysz swoje brzemie
Pokoj nastanie w sercu twym
Odplyna z duszy cienie

Podrozy twej nadejdzie kres
Odnajdziesz ukojenie
By zyc na zawsze juz tam, gdzie
Twa droga cie prowadzi

Osiadziesz, wrosniesz w ziemie ta
Jakbys do domu wrocil
Bo dom twoj bedzie to, lecz ten,
Cos sam go wybral sobie

Lecz nie mysl, zes oden o krok,
Ze blisko juz wytchnienie
Wedrowac musisz wiekow wiek
By spelnic przeznaczenie

Marzenia

W dalekich krajach
W zamorskich krajach

Tam – czeka na mnie ten jedyny

Lecz ja nie plyne
Lecz ja nie lece

Ja… stawiam w oknie mala swiece

I czekam tak przez cala noc
I czekam tak przez caly dzien

A potem ide spac – i snie

O tych dalekich, zamorskich krajach
I o mych z Toba tam spotkaniach

A kiedy budze sie – no coz
Znow na TYM brzegu jestem morz…

Moc pióra

Czyz silniejsza nizli miecze
Nie jest piesn niekiedy bronia?
Czy nie mocniej nad zelazo
Rane zadac struna, dlonia?

Wiem, niewielkie to sa rany
Co nie jatrza sie, nie krwawia
Ale pomysl, wrogu barda
Nie okryje cie nieslawa?

Gdyz zaspiewa piesn o tobie
Piesn co wykpi wady twoje
I osmieszy przed wszystkimi
Gdy wypowie slowa swoje

Piesn silniejsza jest niz ostrze
Pioro – grozniejsze od miecza
I nijakie driakwie, ziola
Ran z nich wzietych nie wylecza

Tedy pomysl kiedy czasem
Nim na barda miecz podniesiesz
Bo czy slawy ci przybedzie
Gdy przeklenstwo na sie sciagniesz…?

Nędza poety

Odwracasz swa glowe, odwracasz spojrzenie
Poezji mej nuty nie neca twych uszu
Patrz na mnie! Jam biedne, nieszczesne stworzenie
Co liczy, ze serce twe piesnia poruszy.

Odmawiasz mi laski spiewania dla ciebie
Wiec dzisiaj glodowac mi przyjdzie, coz czynic
Lecz jesli nim slonce sie znajdzie na niebie
Nie znajde pieniedzy, czas bedzie sie zmienic.

Z poetki – wojownik, z truwerki – zabojca
miast lutni miecz ostry niesc bede w swej rece
Lecz coz ja poradze, ze straszna ta trojca –
– Glod, nedza i hanba – sie dziela ma meka…

Wszak lutnia nie tarcza, a slowo nie zbroja
I slawa poety niepewna co chwila
Sa tacy co ciesza sie mizeria moja
I tacy co sami don dlon przylozyli

Wiec odejdz, nie sluchaj, to twoj wybor przecie
Lecz pomnij me slowa w noc jaka bezgwiezdna
I pomysl dlaczego coraz wiecej w swiecie
Jest zbojow, poetow jest mniej zas i bardow.

Ostrzeżenie (Gdy nad miastem)

Gdy nad miastem sine dymy
Gdy nad rzeka opar zimny
Gdy nad laka mgla poranny
Idz tam, gdzie twa czeka panna

Idz, gdzies sie z nia zmowil wczoraj
Idz sie zabaw do wieczora
Idz, pohulaj w towarzystwie
Lecz gdy wrocisz, patrz sie bystro

Boc czekaja panny bracia
Kamrat kumpla od w kart grania
Co ci maja skore zlupic
Za postepki twoje glupie

Wiec uwazaj, chlopie sprytny
Co ci drogi zakret niesie
I posluchaj czasem piesni…
Truwer zawsze prawde powie

Pieśń na Belleteyn

W Belleteyn sie nuzam zarze
Pochodni blask z daleka mijam
O chlopca mego ustach marze
Kochankow widzac tu co chwila

Dzis Noc Majowa rzadzi swiatem
Dzis milosc wszelka uwolniona
To powitanie wiosny z latem
Dzis wszystko jest nam dozwolone

Jam Trzema w jednej kobietami
Dziewica, co jak pak rumiana
Kochanka swego pod lipami
Dzis czeka przed wielka przemiana

Jam Matka, ktora zycia daje
I dech swoj w dziecka pluca dmucha
Jam ta co zycie to odbiera
Jam Panna, Matka i Starucha

Jak Ty, tak kazda z nas, Bogini
Trzy role w sobie zawzdy nosi
Bo kobiet takie przeznaczenie
By zycia wszystkich rzadzic losem.

Pokusa

Ciemnosc z wolna nas ogarnia
Tuli zimnymi ramiony
Moze wreszcie sie poddamy?
Moze damy sie jej wchlonac?

Mysli takie, ciemne, zimne
Po polnocy trzy godziny
Kazda dusze zywa mecza
Neca slodkim zapomnieniem

Lecz nie, poddac sie nie wolno
Czern to otchlan a nie wolnosc
To stracenie, nie sen blogi
To kajdany, nie swoboda

Odrzuc kuszace obrazy
Zostan soba, nie trac wiary
Slonce wschodzi, swiat sie budzi
Odrzuc wizje sennej mary

Obudz sie juz z odretwienia
I rozejrzyj smialo wokol
Zycie lepsze od spokoju
Boc to przecie… smierci spokoj…

Rota kupców

Farnagu, przyjmij ma ofiare
Zlozona Tobie w wiernym darze
Chce wraz z innymi Ciebie czcic
Pieniadza boze i opiekunie

Do twej swiatyni poklon niesc
W skarbonie datki swoje klasc
Bys chwala swoja objal mnie
Opieke swoja mi raczyl dac

Madroscia swoja wspomoz mnie
By chwala Twoja mogla rosc
I zysk nasz rosl, i obrot rosl
By w swiecie slawnym byl wciaz Cech

Dlonia swa silna podtrzymaj mnie
Sile mej woli wzmocnij, bym
Sie nie zawahal wiecej gdy
Interes jakis ubic przyjdzie mi

Przyjmij me modly tedy dzis
W podwoje Cechu swego wpusc
Bym wraz z innymi mogl Ciebie czcic
Pieniadza boze i opiekunie

Wiosna
Wiosna przyszla w tym roku z zaskoczenia
Zakwitnieniem spiacych pakow na drzewach
Zaspiewaniem zmarznietych ptakow na dachach
Zzielenieniem mlodej trawy na lakach
Wiosna przyszla w tym roku znienacka
Majac kwiaty w bukiecie schowanym za plecami
Jak diabelek z pudelka wyskoczyly nam z wody zaby
I jak tort z niespodzianka wybuchnela lisci zielen
Wiosna przyszla w tym roku nagle –
Zaspiewala, zatanczyla, zagrala…
Na naszych oczach pojawila sie…
Lecz – zniknie… A po niej przyjdzie Lato.

Lato
Lato to piasek przesypujacy sie miedzy palcami
Lato to slona woda parujaca w upale
Lato to mokra chustka, polozona na twarz dla ochlody
Lato to cieple kamienie, na ktorych siedzisz
Lato to parasolki chroniace od slonca
Lato to wycieczki, byle daleko od miasta
Lato to marzenia, tetniace mlodoscia
Lato to morze, zza ktorego ladu nie ujrzysz
Lato to chwila ulotna, drzaca w upale
Lato to krotkie noce, pelne tajemnych szeptow
Lato to suche drzewa, mdlejace z upalu
Lecz Lato… to zaledwie zapowiedz Jesieni.

Jesień
Pelna kwiatow, owocow i grzybow
Przytula nas do siebie
Zlotymi liscmi klonow
Kluje nas delikatnie
Ostrymi kolcami kasztanow
Rosnacych w parku
Popedza nas do zbierania
Tego, co dla nas przeznacza
Ostrzega nas… przed Zima.

Zima
Zawierucha, zimne dlonie i usta
I moj pokoj, w zawiei zgubiony
I to drzewko, co wzrasta wsrod sniegu
I balawanek, co zakwitl marchewka
Moje oczy, wpatrzone w dal biala
I te male momenty czekania
I te dziwne minuty szukania
I te smieszne choc smutne spotkania
W tej zawiei gdzies jestesmy, zniknieci…?
Czy tez tylko sie nam tak wydaje?
Wiem! Musimy poczekac! Do marca! A wtedy…
Razem z Wiosna wszystko odtaje…

Ja

Na palcu srebrny pierscien
We wlosach srebrne nitki
W pamieci setki piesni
A w oczach chec do bitki

To srebro, nie siwizna!
To lira, nie plecaczek
Medalion, nie amulet
I… sztylet… Nie zabawka.

Gdy zadrzesz ze mna – strzez sie
Nie, ja nie rusze palcem
Lecz na ma skarge jedna
Przeliczni rusza w walke

A slowem moim piesn jest
Wiec strzez sie, nieroztropny
Bo uszy ci napuchna
Gdy ujrzysz w grze me dlonie

Gdy wkroczysz na ma sciezke
Slowem sie jeno zemszcze
Lecz slowem sieke ostrym
Ostrym jak elfie miecze

Wiec nie wchodz w droge Srebrnej
Nie draznij mnie nadmiernie
Bo ucho moje dobre
A usta – szyderstw pelne

Advertisements

Written by Srebrna

2014/05/14 at 00:00

Posted in Poems

Tagged with , , , , , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: