My fanfiction and other random ramblings

my thoughts on how to write (or not)

Archive for April 2014

[PL] Wiersze miłosne i żałościwe

leave a comment »

Tego się trochę zebrało – wierszy pisanych pod Srebrną lub inne postacie.

***

Moje oczy wyplakaly juz swoj kolor
Sa teraz szare ze smutku
Moje dlonie utracily sile
Sa bezwladne i drzace ze strachu
Moje usta utracily mowe i smiech
Milcza, nie wiedzac co mowic
Moje stopy nie niosa mnie juz przez swiat
Zatrzymaly sie, zgubiwszy droge
Bede stac tak, milczaca i szara
Wiem przeciez, ze nie przyjdziesz
Nie poprowadzisz mnie
Zostane tutaj, na rozdrozu zycia
Sama miedzy tlumami
Ludzi, ktorzy mnie nie widza
Stapiam sie z tlem

Cisza

Krople ciszy spadaja
Caluja ma skore zimnem
Tula sie do niej bezglosnie

Slow twych ciepla dzis czekam
Co wypelnia chlod ciszy
Zabrzmia w mych uszach

Twych ust dotyk
Dzwiekiem rozgrzeje
Mnie… zmarznieta w samotnosci…

Czekam

Moje oczy jeno twych wypatruja
Moje usta jeno twoich czekaja
Moja skora jeno na twoj dotyk gotowa
Grac na mnie mozesz jak ja na swojej lirze

Moje dlonie jeno twoje chca objac
Moja glowa jeno o twym ramieniu marzy
Moje uczy jeno twoich slow lakna
Kazde slowo twe dla mnie – woda zycia

Moja dusza twej obecnosci spragniona
Moje palce twa dlon ujac by chcialy
Moje nogi do ciebie mnie niesc chca
Cala soba jeno z toba byc pragne…

Czy wiesz…?

Czy wiesz co to znaczy
Nie miec kogo kochac?
Wszystkiego nienawidziec
Patrzec na swiat jak na odbicie
Czegos innego
W krzywym zwierciadle

Byc odcieta
Od swiatla
Na zawsze
Mrokiem swojego szalenstwa

Nie moc wyjsc poza granice
Wlasnego obledu

Nienawidziec nie wiedzac kogo

Kochac… Ciebie… ?

(hej, nie gwarantowałam, że wszystkie będą w super dobrym guście ;>)

Do Ciebie

Byc
Winem, ktore wieczorem przelewa sie w Twoim pucharze
Powietrzem, ktore popoludniem chlodzi Twoje czolo

Istniec
Jako roza, biala i drzaca w Twych dloniach, rankiem po wschodzie slonca
Jako rosa, zimna i czysta, ktora strzepujesz, wracajac z ogrodu

Patrzec
Jak o polnocy lezysz, sam w swojej komnacie
Jak o swicie czekasz, wpatrzony w czerwony poblask, czy slonce dzis
[wzejdzie?

Przyjsc
Razem z Nia, zimna i bezlitosna

Przyjsc

I powitac Cie

Po TEJ stronie mroku

(pretensjonalne tytuły, przybywajcie!)

Do życia

Do zycia potrzebna mi woda
Czysta jak krysztal, przejrzysta

Do zycia potrzebne mi slonce
Co dzien nad moja glowa sie wznosi

Do zycia potrzebne powietrze
Co chwila oddech brac musze

Lecz nad wode, powietrze i slonce
Ty i milosc do ciebie mi zycia zrodlem

Jak ta woda – milosc moja jest czysta
Jak to slonce – codzien budze sie do niej

Jak powietrze – tak twoja obecnosc
Mi potrzebna, bym isc mogla naprzod

Bys byl ze mmna – noc dzien, chwile kazda
Bys ogrzewal mnie milosci naszej zarem

Bys mnie poil czulosci dotykiem
I bym mogla byc tym wszystkim – dla ciebie

Już Więcej Nie

Co sie zdarzylo miedzy nami
Juz nie wroci wiecej
Jest jak tecza
Pod deszczu ktorego nie bylo
Jak glos
Kogos kto juz nie zyje
Jak usmiech
Ktory zmienil sie w placz
Odejdzmy od stolu
I zostawmy nasz dom
Komus szczesliwszemu
Niech zyje tu
I niech nie przemija
Jak my –
– przeminelismy

Kim jestem

Jestem lisciem na wietrze, targanym przez nieswiadome podmuchy
Niepewnym swej drogi, niewladnym decyzji
Popychanym przez inne, suche i spieszace sie liscie

Jestem malym kamykiem, o ktory mozna sie potknac
Bezdusznym, nieruchawym, stalym
Lezacym na sciezce zycia wsrod innych, jak ja, kamykow

Jestem platkiem sniegu, opadajacym na twe usta na chwile przed stopnieniem
Zimnym, kunsztownie rzezbionym, delikatnym
Wirujacym bezradnie wraz z innymi lodowymi rzezbami – platkami

Jestem kwiatem na lace, na jeden dzien rozchylajacym platki
Jasnym, niewinnym, znajacym tylko slonce i deszcz
Zwracajacym swa glowe do nieba, wsrod innych, jednodniowych kwiatkow

Jestem czlowiekiem, mam wole i umysl
Przemine, lecz swiat pozostanie
Ma dusza swoj slad pozostawi
Mam rozum, dwie rece, dwie nogi
Moge isc tam, gdzie bym chciala
Zostane!
Jak kwiat, zakwitne przy tobie
Jak kamyk, bede na twej zycia sciezce czekac
Jak lisc, w twym bukiecie jesiennym zebrany
Jak platek sniegu, twe usta wybiore, by stopic sie w ich zarze

Nocą

Noca… moj umysl odlatuje
Szuka ciebie
Daleko, przez morze i lad
Wytrwale szuka
Nad uspionymi miastami, wioskami
Wypatruje wytrwale
Zaglada w ciemne i jasne okna
Ciebie wypatruje
Moje dusza krazy nad swiatem
Tesknota targana
Pod chmurami, z wiatrem i burza
Niesiona tesknota
Za twych ust dotykiem, do ciebie
Nadzieja niesiona
Na twoj uscisk, na milosc, na cieplo
Targana nadzieja
Moje palce, moje dlonie i usta
Pamietaja pieszczote
Twego ciepla, uczyc, czulosci
Dotyk pamietaja
Drza w niecierpliwej tesknocie
Czekaja na dotyk
Bys obudzil znow we mnie to samo
Na pieszczote czekaja

Pamięć

Pamiec moja… jak strzepy kwiatow na wietrze
Jak polyski slonca na wodzie
I jak poblask swiecy na szybie

Ulotna, jak piora ptakow odlatujacych na poludnie
Jak puch topoli na wiosne
I jak zapach przeszlosci w ksiazkach

Lecz wspomnienia – te wielkie, te wazne
W mej pamieci na zawsze, jak w skale
Pozostana, wykute na wieki

Jak litery na cokolach pomnikow
Tak twe oczy, twe usta, twoj dotyk
W mej pamieci swe miejsce juz maja…

Pośpiech

Swiat wokol wiruje
Spieszy wciaz naprzod
Wciaz wyzej

A ja chce sie zatrzymac
Choc chwile byc sama
Tylko z Toba

Zeby swiat plynal wokol nas
Nie pchal, nie ciagnal za soba
W naszym malenkim kosmosie
Zatrzymajmy zegary

Niech nie wybijaja dni, godzin
Niech nie starzeja sie drzewa
I niech nas nikt nie pogania

Zamknijmy drzwi i okna
zanurzmy sie w samotnosci
We wspolnym nie-biegu

Patrzmy tylko na siebie

Nie na swiat, ped, masy ludzi
Hodujmy kwiatki milosci
Delikatnoscia naszych pocalunkow

Poświęcenie

Lisc osiki, drzacy na wietrze
Kanarek, ktory uciekl z klatki i przysiadl na oknie, mokry
Piesn skowronka w pustym ogrodzie
Twoje oczy, lsniace od lez

Wszystko to mogloby byc piekne
Ale zadnej z tych rzeczy nie widzialam

Moze to i dobrze

Nie chce, zebys plakal

Ja bede plakac
I cierpiec
Za Ciebie

Radosna miłość

Wybuchla bombka szczescia
Prawie nad moja glowa
Wlasciwie – to nad sercem
Mala, lecz piekna – milosc

Zaczela spiewac radoscia
Skowronkow setki glosem
Zagluszyla nieufnosc
Jej brudny kolor przycmila

Rozproszyla zwatpienie
W sens zycia, sens swiata, istnienia
Pozwolila zyc dalej, cel dala
Wierze teraz ze jest dobro w ludziach

Zawisci zolc oslodzila
Dla innych, szczesliwych bardziej
Wiare, cierpliwosc na probe
Wystawia ma… trzeba wytrwac!

 

Śmiałeś się

Widzialam
Smiech w Twoich oczach
Smiales sie ze mnie

Slyszalam
Twoje ironiczne slowa
Mowiles o mnie

Poczulam
Dotyk Twojej dloni
Witales sie ze mna

Ciekawe
Czy robiles to tylko przypadkiem?
Czy wiedziales, ze cierpie?

Wiem
Ze nigdy mi nie powiesz
A ja nigdy Cie nie zapytam…

Smutek i Szczęście

Smutek moj, jak szarosc murow
Otacza mnie z kazdej strony
Lecz jak mur, co choc twardy
Kruszy sie i sypie
Tak i smutek, co na duszy
Ciazy kamieniem
Rozsypie sie w pyl
I uwolni czekajace za nim
Slonce radosci
Niebo szczescia
Drzewa zycia
Ptaki wesela
Kwiaty nadziei

Wieki cale trwac moze czekanie
Runie? Runie? Kiedy? Nareszcie!
Lecz nadejdzie ten dzien, co juz dzisiaj
Sie rysuje w mojej glowie
Daje znac o sobie
Poblaskiem
Kolorem
Szumem
Spiewaniem
Zapachem
Zza muru… ktory upadnie!
Upadnie, gdy ja tego zachce!
Wiec niech pada!
Chce!
Byc!
Szczesliwa!

Tęsknota

Tesknie za jego dlonmi, trzymajacymi mnie pewnie
Tesknie za jego dotykiem na moich policzkach
Tesknie za jego ustami, tak blisko moich
Tesknie za sposobem, w jaki mnie obejmuje

Tesknie za jego glosem, szepczacym czule slowa
Tesknie za jego palcami, pieszczacymi moja skore
Tesknie za cieplem oddechu, grzejacego moje dlonie
Tesknie za pewnoscia, jaka daja jego ramiona

Tesknie za oczami, patrzacymi lagodnie
Tesknie za ramionami, otulajacymi moje
Tesknie za usciskiem, bez slow przekazujacym milosc
Tesknie za nim calym… i czekam…

Znikam

Moje oczy wyplakaly juz caly swoj kolor
Sa teraz szare ze smutku

Moje dlonie utracily sile
Sa bezwladne i drzace ze strachu

Moje usta stracily mowe i smiech
Milcza, nie wiedzac co mowic

Bede stac tak – milczaca i szara

Wiem przeciez, ze nie przyjdziesz
Nie poprowadzisz mnie

Zostane tutaj, na rozdrozu zycia

Sama, miedzy tlumami
Ludzi, ktorzy mnie nie widza

Stapiam sie z tlem

 

Advertisements

Written by Srebrna

2014/04/30 at 00:00

Posted in Poems

Tagged with , , , , , ,

How to be a nice author

with 7 comments

I’m not going to tell anyone how to be a good author, because I’m not such myself and obviously should not advise anyone else until I am.
However what I am aiming to be for my audience (however limited it is) is being a nice author. Nice author is someone you want to go back to and read more even if they aren’t overwhelmingly inspired, because their texts aren’t painful to read.
Some pointers in this direction:
* Keep your AN, N/A etc. (whatever you put at the start of the story) mercifully short. Nobody wants to read a WHOLE SCREEN of you explaining why and how and the weather and… Just keep it short.
* Make sure your author’s note is in a different font (italic is enough) or in some way separated from the actual text. This will allow people to skip it when they come back for a re-read.
* Do not make “POV” markings. Just… don’t. Try to write your narration in such a way that the reader notices the switch from the text. You don’t see “POV” markings in books (unless it’s GRR Martin and he keeps the POV the same for the whole chapter!)
* Do not put surprise Author Notes inside the text. If you MUST communicate some intricate solution you used, put it at the beginning of the chapter or try to explain it in the text itself. A AN in the middle of actual story is CHEAP.
* Do try to get a Beta. Or at least a spell-checker. Install a dictionary in your browser, it will help you to correct texts inside the blog or other form.
* Do not use a lot of fancy formatting but do, please, include line-breaks.
* Read up on the correct way to mark dialogues in your language. Remember that there are different rules for different languages, so check if you are writing in non-native one if your markings are ok.
* Do not blackmail readers for Reviews with a threat of “no more chapters”. If you write well, they will come. If you don’t, nobody cares about your next chapter anyway.
* If you write a songfic, do not feel the requirement to include the whole song in the text.
* Keep consistent formatting across your whole story (in websites like forums this is sometimes very important).
* Do not ever add space before punctuation marks that should be flush with the letter before. Do not add spaces inside brackets.
* No more than three “?” and “!” combined per expression. More means you’re keyboard crazy.
* Make sure you check your text for words that only sound the same. Someone fainted lying “without conscience” breaks the mood like nothing else.
* Do not change tenses from past simple to present and back. Use correct “one tense back” if needed. Present simple makes text look more dynamic, but if you start it like this, KEEP IT LIKE THIS.

That’s just random set of pointers which I’ve collected during last week of reading FF on several sites. It’s most certainly not exhaustive and will be growing.

Written by Srebrna

2014/04/27 at 23:23

Regaining Herself: 1. Moira, Memories

leave a comment »

Regaining Herself: Pictures in the Wind

Moira, Memories

Moira MacTaggert sat in front of an enormous sheet of paper and tried to catch the memory that was floating, teasingly, just on the outskirts of her brain.
Moira MacTaggert was quite ready to choke Charles Xavier to death with her bare hands. Or kiss him and then kill him. Or just…
She inhaled carefully.
Her head throbbed, threats of later sickness quite clear. The picture slowly regained focus.
It was a beach. She was sitting on the sand, looking up at someone in a weirdly shaped helmet. He was talking, but she didn’t hear the words. There was the feeling of someone else being asked for reaction.
She grabbed a pencil and quickly drafted the picture, before it disappeared from her mind.

Whatever else Charles Xavier – damn him to eternal pain – had done, he apparently must have triggered some until now unused part of her brain, resulting in a handy new talent of Moira’s. Drawing was really useful when your memories came and went in waves, mostly static pictures of people, places and objects.

She rose and surveyed the paper nailed to her bedroom wall carefully.
Beach. That means probably Cuba, so it goes together with missiles and broken radio.
She pinned the newest picture next to one she called ‘sky of weapons’ and short description of the feeling of dread she had coming whenever she thought of a radio failing.
The sheet was covered with time markings, main milestones and arrows linking elements together. It was her memory. External one. The memory which Charles Xavier – she was quite sure it had been him, insufferable man – had taken away from her.

Just thinking about it gave her headache, but she decided to sit down and wait it out today instead of escaping into morphine she had quietly stored for such occasions. She hoped, deep down, that whenever she hurts, he does, too. Even deeper down she actually didn’t wish it. She wished to snog his stupid round face so soundly he would be left speechless.
These wishes were dangerous. They made her lose her control and balance.
This time, however, Moira dived into it, reveled in the fleeting sensation of his lips on hers, the slight, unnatural movement of his body on… on a wheelchair?!
Her eyes snapped open.
He was on a wheelchair. It all suddenly made sense. The sitting in the sand – she must have been holding him, lying down. Hurt? Wounded? Him being much shorter than he was supposed to be. He must have been sitting in the wheelchair in most of these scenes.
Slowly she drew a wheelchair and a man’s figure in it, slightly slouching. With careful strokes she gave him the right profile, the nose, slightly longish hair, round eyes. She bit her lip and drew herself at the handles.
Pinning the picture at the end of her timeline she surveyed the whole. It wasn’t everything, it wasn’t even half. But it was enough to track all that happened in the “white period” of her memory. She knew what happened around the beach from recordings the navy made. She could extrapolate and patch together what wasn’t in the recordings – exact dealings between people.
Erik, Raven, Angel. The red-skinned teleporter. The tornado one.
Charles, Hank, Banshee, Havok. She wasn’t exactly sure which were names and which were nicknames, but she would finally get it, or she wasn’t Moira MacTaggert.

Written by Srebrna

2014/04/27 at 10:00

Posted in Regaining Herself

[PL] Wiersze o Brokilonie

leave a comment »

No to jak jeden las Srebrnej, to i drugi. Długo byłam Przyjaciółką Brokilonu. Ciekawe, czy driady w lesie nadal używają emotów, które napisałam dla gildii driad.

Brokilon

Lat tysiace dzis szumia nad moja glowa
Lisci dywan sciele sie pod moje stopy
Cyt… Nie, nie wchodz tutaj za mna, niebezpiecznie
Nie wchodz, jesli zginac nie chcesz w Brokilonie

Gdy polujesz na mnie, poluj smialo w miescie
Czekaj pod Gildyi mojej bramy, w Athel
Czekaj, lecz gdy ujrzysz mnie kiedy nareszcie
Wiedz ze ukryc mam sie gdzie, czlecze slaby

Sledz mnie dlugo i wytrwale, wszak to latwe
Pewniem czyms ci zawinila, w to nie watpie
Lecz jezeli chcesz zachowac cialo cale
To pozostac na polnocnym Wstazki brzegu

Nie, nie groze, jeno ostrzec cie probuje
Nie wchodz tutaj, ot, tak, zwykla, prosta rada
Nie posluchasz? Twoja wola, nie zakaze
Lecz… Ot, widzisz, oto strzala. Nie mowilam?

Zaraz wiecej ich nadleci, bo na drzewach
I w ostepach dzikich siedza siostry moje
Nie, nie elfki to sa, nie ludz sie daremnie
To sa driady, co przed toba Lasu bronia!

Cisza Brokilonu

Cichutki krok wilka, weza ostry syk
Losia okrzyk gluchy i jelenia bek
Nikt tu im nie wadzi, nie stawia pet nikt
To Las Brokilonski, gdzie nie trafia czlek

Nikt tutaj nie wejdzie kto im niemily
Im – to znaczy driadom, co w tym Lesie sa
Lasu strazniczkami sie mianowaly
Lasu – co ich miejscem, domem dla nich jest

Lasu strazniczkami, wiec Lasu bronia
Przed obcym co wejsc chce, chce sie wedrzec tam
Strzaly ich niechybne kazdego trafia
Wiec nie wchodz wedrowcze w ich zielony dom

Wyjsc stamtad jest trudno, nie pomoga ci
A raczej pomoga… wysla w zaswiaty
Wiec nie zal sie pozniej – one bronia sie
Dla nich kazdy wrogiem, a wiec takze ty…

Groźba Brokilonu

Kon rwie sie w wedzidle, skacze jak oszalaly
Nerwy cie zawodza, strach juz po plecach pelza
Po co tys tu zajrzal, czlecze nazbyt smialy?
Po cos w Brokilon wstapil? Las to ludziom wrogi…

Tu opar zdradliwy sciezki ci zasloni
Tu strzala zza drzewa zycia cie pozbawi
Wycofaj sie, gdy zycie chcesz zachowac
Lepiej stad odejdz, bo spadniesz we Wstazki tonie

Lasu tego strzeze nie ludzka dlon, o, nie!
Lecz driad mieszkajacych w jego sercu dlonie
Driad, co ponad wszystko wolnosc cenia sobie
Wolnosc, cisze, swobode… i od wrogow spokoj!

Wrogiem im dzis byc nie chcesz? Lecz jutro byc mozesz!
Czlowiekiem-s, tedy zaped podbojow twoj wieczny!
Odejdz lepiej, lub sciezke zascieli twe cialo!
Odejdz i skryj sie w miastach – tam jestes bezpieczny

Lecz rzeke ci, cny wedrowcze, czas na miasta przyjdzie
Gdy las znow sie obudzi, gdy do walki stanie
Wtedy miejsca nie znajdziesz na swiecie juz nigdzie
Gdzie bys skryc sie mogl… jako driady dzisiaj…

Las

Las zamyka sie dokola mojej glowy
Wiatr rozwiewa moje wlosy, gwizdze w uszach
Slonce grzeje moja skore, razi oczy
Woda szumi, zapraszajac do kapieli.

Drzewa wokol szepcza mi swe tajemnice
Kwiaty ksztaltem i kolorem k’sobie wabia
Ziola pachnac przekonuja o swej mocy
Ziemia wspiera moje kroki w kazdej chwili

Dom moj drzewny i lisciasty mam tuz obok
Stoje w srodku jego i podziwiam
Jak natura uksztaltowac mogla sie tu
Tak bym mieszkac mogla i bezpiecznie i wygodnie

Kazda skala, korzen galaz i zwierz drobny
Znany mi jest jak innemu miasta bruki
Tak wiec zostac tu chce, cena zadna
Nie jest tak wysoka, by jej nie zaplacic…

Naj…

Lisci poszum muzyka dla mnie najmilsza
Wody szmer spiewem czystszym niz inne
Trawy szelest opowiescia najskrytsza
Ptakow trele – kolysanka najlepsza

Drzew galezie – dachem nad moja glowa
Pnie, korzenie – sciana domu i lozem
Strumien bystry – ochloda dla twarzy
Ziemia czarna – zyciodajna matka

Niebo tutaj najczystsze na swiecie
Wiatr najswiezsze zapachy niesie
Zwierzat tupot – piekne przebudzenie
Brokilon – Puszcza ze wszystkich pierwsza…

 

Written by Srebrna

2014/04/20 at 00:00

Posted in MUD/RPG, Originals, Poems

Tagged with , , , , , ,

[PL] Wiersze nt. Loren

leave a comment »

Srebrna jako Leśna Elfka napisała też kilka wierszy na temat Lasu Loren.

Pieśń o Lesie

Z dalekich stron przybylam tu
Do Lasu pradawnego
A on powital mnie jak dom
Cos dawno nieznanego
Gdy szlam tak, wolno, posrod drzew
Ich piesn zabrzmiala we mnie
I juz wiedzialam, ze ten las
On… bedzie moim miejscem
I zamieszkalam w miescie tym
Co w srodku lasu drzemie
Lecz wciaz spacery posrod drzew
Dnia tego budza wspomnienie

Piosenka o elfkach

Piekne sa i dumne sa,
I tajemnicze wielce,
Wyniosle takze bardzo sa,
O, tak – no, wez te rece!

Lecz jesli krasnal, czlek czy ogr,
zasluzy na uznanie,
No, chocby i halflingiem byl!
To elfke swa dostanie.

Bo kazda elfka ma ten zmysl
Wyczucie, tak to ujme
Ze jeslis bohaterem jest
Porzuca swoja dume

I twoje jest, co tylko chcesz,
Niewazne, jaka pora
Ale pamietaj – wielb ja, wielb!
Od rana do wieczora!

Bo jesli zdradzisz elfke swa
Okrutne swe oblicze
Pokaze ci… I zemsci sie…
Tak, z toba sie policzy

Powrót do Loren

Tlumy ludzi nad ma glowa mowia, krzycza
Zadna trawka tu nie rosnie, zaden listek
Nie przebija sie tu zapach lak podmiejskich
Tu, w samiutkim centrum, sercu miasta

Stoje tutaj zagubiona, pelna trwogi
Bo czym jestem posrod ludzi, ja, samotna?
Nie rozumiem, choc’m uczona, co w ich ustach
Nie rozumiem serc ich, mysli, oczu spojrzen

Wrogiem jednak im nie jestem ni zabojca
Oni – sobie i my – sobie zyjmy spolem
Bylebysmy nie wchodzili sobie w droge
Zyc mozemy i bedziemy, pokoj majac

Dzis wrocilam, by odpoczac, w Las wspanialy
Gdzie nie slychac gwaru, klotni ni wyklinan
I Was witam, siostry, bracia, z sercem ciezkim
I z pierscieniem na mej dloni, co wyrokiem na mnie…

Juz raz Pania odwiedzilam, raz wystarczy
Mam nadzieje jeno cicha, ze nie wiecej
I ze nigdy sie nie stanie to nieszczescie
Bym musiala z bratem, siostra, miecz skrzyzowac.

Pożegnanie

Gdy rozmawialismy wsrod drzew
I padlo Twe pytanie
To usmiechnelam tylko sie
“Jak zechcesz – tak sie stanie”
Tak wiec powiedli mnie wsrod drzew
Gdzie druid trzymal ksiege
Dwa krotkie slowa “tak” i “tak”
Starczyly za przysiege
Lecz teraz jestem sama tu
I leze wsrod zieleni
I zastanawiam cicho sie
Czemu-smy rozdzieleni?
Czy moze rozdzielila nas
Dumna zapowiedz twoja
Zes rownie dobry w milosci jest
Co zaprawiony w bojach?
Lecz nie pytalam wtedy o
Twe osiagniecia w wojnie,
A okazalo pozniej sie,
Zes tabor wiodl spokojnie
Czy moze inna znowu rzecz
Na drodze nam stanela…
Byc moze dziwne slowa te,
Co tamta powiedziala?
Rzucila prosto w oczy ci
Wyrzuty jakies gorzkie
A ty mowiles tylko ze
Nie moje to sa troski
Juz nie wiem… moze jednak to
Ze gdy w ostatnia pelnie
Poszlam na spacer, wtedy ty
Wracales z karczmy chwiejnie
Eh, zycie, zycie… wracam w las
Porzucam dom twoj, loze
Juz zadne z zaklec, slow twych, mow
Ci wiecej nie pomoze….

Ponieważ Srebrna została przyjęta do Armii Berserkerów, to wyrzucono ją (z pewnym wysiłkiem) z Leśnych. I z Przyjaciół Brokilonu.

Pożegnanie lasu

Las byl mi domem i las byl mi lozem
Schronieniem cichym i codziennym swiatem
Lecz uslyszalam krzyk mewy nad morzem
Odtad juz delfin, nie jelen, mym bratem

Juz fala morska unosi daleko
Te, co wsrod lasu tanczyla i grala
Wiatr morski wlosy rozwiewa mi lekko
W wode zielona spogladam dzis smialo

Pozegnac lasy, pozegnac zwierzeta
I braci moich, i przyjaciol moich
Mi przyszlo. Lecz dzis niech kazdy pamieta
O tej, co weszla w Armiji podwoje

Jedna z Was bylam, o Lesni Elfowie
Jednak pozegnac mi przyszlo was dzisiaj
Lecz prosze – niech nikt mi slowa nie powie
O tym, zem zdrajca – niech zapadnie cisza.

Przeklenstwo wszakze padlo na ma dusze
I geas zlamac wola ma nie zdola
Podazyc zatem za przeklenstwem musze
I prosb juz, zaklec, moc mi nie pomoze…

Pożegnanie Loren

Z cichym, smiertelnym szelestem
Opadaja liscie w Loren
Zegnaj, Lesie, zegnaj, zieleni iglasta
Zegnaj, wietrze, co liscie przegarniasz
Zegnaj, slonce, cos kwiatami darzylo
Zegnaj, nocy, pachnaca tajemnica

Tupot lapek ucicha w oddali
Lis, wilk, jelen, odwraca sie tylem
Zegnaj, Lesie, cos mnie tulil swa piesnia
Zegnaj, trawo, cos me niosla stopy
Zegnaj, niebo, co nad Lasem sie chylisz
Zegnaj, miasto, cos w tym lesie ukryte

Snieg osuwa sie na moje slady
Kazdy trop moj znika szybko
Zegnaj ze mna nie chca sie kamraci
Zegnac ze mna nie chca sie zwierzeta
Las gardzi dzis mymi slowami
Szept jedyny juz – “Zdrajczyni!” slysze…

Written by Srebrna

2014/04/15 at 00:00

Posted in Poems

Tagged with , , , , , , ,

[PL] Wiersze dla Berserkerów – 3

leave a comment »

Obowiązki

Zolnierzu, stoj w szeregu rowno
Rozkazow wodza sluchac masz
Nie jeczec gdy ci niewygodnie
Lub gdy maszerujesz trzy dni az

Tyranem jest, lecz to twoj zwierzchnik
Gdys nieposluszny, czeka cie bat
Lecz gdys poslusznym jest zolnierzem
Zol swoj otrzymasz i bedziesz rad

Z lupow dostaniesz tez co nieco
Jak sie nalezy ci za te krew
Co ja przelewasz w imie Armii
I za twej broni stalowy spiew

Nie rabuj swoich, zas wroga niszcz
Cywilow czasem zyciem daruj
Zyczenie dowodcy swego zisc
Przy lupow zdobyciu sie staraj

uczciwy z wodzem swym zawsze badz
Kolegow wspieraj gdy slabsi sa
W Armii porzadku nigdy nie mac
Gdyz Armia jest dzis rodzina twa!

Obrońcy

Nad Wyspami ksiezyc srebrny
Wokol Wysp – blekitne morze
Miejsce jako kazde inne
Lecz pola tu nikt nie orze

Tutaj polem morza fale
Owocami – ryby, kraby
Albo bogactw skrzynie pelne
Gdy powroca w dom wyprawy

Gdy powroci, skarbem ciezka
Armii flotylla jarlowej
A mieszkancy wszyscy razem
Sie raduja w porze owej

Lecz nie o tym mysl, poeto
Nie o skarbach, rybach, krabach
Lecz o bohaterstwie Armii
W tych okrutnych, ciezkich czasach

Bronia Wysp, a bronia dzielnie
Nikt z ich wrogow nie ruszyc
Ni mieszkancow, ni obroncow
Kazdy zdazyl sie nauczyc

Nauka prosta – bijesz – zginiesz
Od toporka, miecza, noza
Lecz nadziei zadnej nie miej
Szybko zbadasz tu dno morza

Wiec nie ruszaj Skellige, wrogu
Na ten brzeg nie stawiaj stopy
Bo cie Armia wnet odnajdzie
I los czeka cie okropny…

Poświęcona Morzu

Oczy zielone jak dwie morskie fale
Usta karminem korali czerwone
Wlosy lsnia czernia nieprzeniklej nocy
A czolo biale jak welinu skrawek

Cialo takowe – o, kazdego skusi!
Usmiech, mrugniecie – pociaga kazdego
A mi – co dala natura, procz duszy?
Co sciagnie na mnie wzrok mego milego?

Cera ma ciemna, wiatrem wysmagana
A dlonie twarde, struna wyrobione
Oczy mam jasne i jak metal twarde
A wlosow barwa bliska jest stalowej

Ani pieniadza, ni-li tez rodziny
Ni rodu slawy nie niose ze soba
W zyciu mym nie ma ni jednej godziny
Co czaru dodac moglaby mym slowom

Czaru powagi i czaru waznosci
Co reke moja zrobilby cenniejsza
Coz – tedy panna zostac mi los kaze
Wiec panna bede – niezamezna zawsze

Bo dlon ma twarda a jezyk zbyt ostry
Vy to wytrzymal – czy to elf czy czlowiek
A ze ze srebra me oczy i wlosy
To pewnie nieco odstraszac i moze…

Wiec morzu dusze i morzu swe serce
Oddaje dzisiaj i – gdym juz na Wyspach
Od zycia nigdy nie pragne juz wiecej
Nad sztuke moja i buklaczek wina

Płynąc

Jak w powietrze wyniesiona skrzydel ruchem
Tak na statku sie jak mewa czuje biala
Niosa fale mnie daleko, wprzod, w nieznane
A ja stoje i w rozbryzgach piany tone

Lira moja drzy w mych dloniach leciutenko
Czeka slow rozkazu, aby glos z sie wydac
Jeno szarpne struny jej ostroznie zaraz
A zaspiewa glosem czystym jak morz fala

Syren pieknych w morskiej wodzie mieszka wiele
Lecz na statku tym jedyna tylko jestem
Stad sie zaden na nie zeglarz nie zlakomi
Czar mej piesni przegna wszystkie i pokona

Fale cicho szemrza morskie opowiesci
Natchnien blyski niosa mi na grzbietach swoich
Chcialabym wraz z nimi w wodzie plynac
Lecz tu stoje, na pokladzie, z zeglarzami

Lira moja czeka jeno dloni mojej
Struny drza, bo sa melodii morskich pelne
Wiec niech niosa zagle statek, a mnie na nim
I poplyne… o mew bialych skrzydlach marzac

Młody marynarz

Swiat moj caly do fragmentu drewna sie zaweza
By utrzymac sie na nogach, chwytam line
Poklad tanczy pod stopami, jakby zywy
A kapitan wrzeszczy jak ze skory obdzierany

Lapie porecz i zataczam sie jak pijak
Lecz to przeciez pierwszy sztorm jaki ogladam
Patrza na mnie towarzysze jak na dziecko
Ktorym jestem, gdy po deskach ciezko stapam

Mowia oni, ze widzieli gorsze burze
Ze to tutaj to jest niemal sztil, nic, cisza
Lecz ja wiem ze oni tylko mnie tak strasza
Wszak nie moze byc gorszego nic juz chyba?

Stoje wreszcie, a kapitan znow cos do mnie
Ze mam chwytac sie roboty, tak jak wszyscy?
Czy on glupi, czy nie widzi, ze “Mgla” tonie?
Biore liny i je niose tam gdzie kaze…

Moze jutro uspokoi sie to troche?
Lecz kamraci odbieraja mi nadzieje
Mowia ze mieczakiem jestem, boc to przeciez
Wcale z portu nie wyszlismy jeszcze…

Written by Srebrna

2014/04/10 at 01:09

Posted in Poems

Tagged with , , , , , , ,

Double Pride, Double Trouble

leave a comment »

“Darcy! Get off her this instant!”

Everyone froze. Two bodies, just a second ago entwined on the soft surface, went rigid.

“Get. Off. Her. Now.”

The trainer’s voice was ice calm.

Darcy sprung up and stood to the side, trying to dust the worst dirt off the colorful t-shirt.

“Get up, lass” the other trainer drawled and helped Bennet up. “Now, we’ll go to the camp consuelor and she’ll sort you out.”

Read the rest of this entry »

Written by Srebrna

2014/04/07 at 12:51

[PL] Wiersze o konkretnych osobach

leave a comment »

Na zlecenie Irona i Ilmarinena napisałam tę oto piękną Elegię na śmierć Seneszala. Dostałam loga z opisem walki, która się stoczyła i rozwinęłam to twórczo.

Aha, wstępnie sztylet dosięgał zdradziecko, ale Ilmar to oprotestował.

Niech tedy piesn moja sie niesie po lasach,
Slysz glos moj, dzwiek liry, placz smierc Seneszala.
Cny wojak nam polegl, Sigmara Zakonnik,
Bo sztylet go dosiegl pod zebra znienacka

Gdy walczyc mu przyszlo z Wysep komendantem,
A Sigmar i Hemdall ich glosem mowili…
By wojne okrutna, nim zacznie sie, skonczyc
W imieniu Zakonu i Armii walczyli.

Na gorze co Klami ja zowia Smoczymi
Staneli, a kazdy z nich wspart sekundantem.
Po stronie Armiji stal Dyffryn i Koris,
Zas Oskar, Ivanhoe stali przy Zakonie.

Gdy twarz w twarz sie starli dwaj odwazni meze,
A Hemdall i Sigmar ich wiedli oreze…
By konflikt, co tlil sie, w zarodku zadusic
I wojny na Zakon i Armie nie spuscic.

Dlon w dlon, ramie w ramie, staneli przec’ sobie
Sad bozy sie odbyl, na smierc i na zycie.
I iskrzyc poczely sie oczy wojakow,
Gdyz na nich spoczela dlon bogow dnia tego.

Gdy bronie skrzyzowac im przyszlo na szczycie,
A Sigmar i Hemdall w nich ozywili sie…
Imiona ich wiecznie w pamieci niech blyszcza,
Z Zakonu szedl – Iron, zas z Wysp – Ilmarinen.

Uklony oddali, z szacunkiem, choc wrogiem
Sie stali wzajemnie dnia tego dla siebie
Zabrzeczal ich orez, zadrzaly zbroj blachy,
I rzucil do szarzy Seneszal sie pierwszy.

I stal iskry krzesze, i walcza dwaj meze,
A Hemdall i Sigmar ich wladna orezem…
I bogow sad dzisiaj nad Armia, Zakonem,
A w broni ich zacnej slonca odblask plonal…

Potykac im przyszlo dnia tego sie wrogo,
Gdy swit nad gorami powstawal juz siwy.
I dlonie ich wladne orezem nad podziw
Sprawnoscia i sila z nich kazdy bogaty

I walcza, a oczy ich blyszcza odwaga
A Sigmar i Hemdall w nich swe moce klada…
I waza sie losy Zakonu i Armii,
Zas jezyk ich wagi – jak czubek sztyletu.

Cios w cios ida rowno, jak rowni sa sobie,
Tak wielcy wojacy, meze co sie zowie.
Lecz! Bardziej w sztyletach szkolon Ilmarinen…
Zadaje cios zwodny… Osunal sie Rycerz

W ramionach zolnierza, co walke te wygral,
A Hemdall z Sigmarem ja w niebie rozstrzygnal…
Sad bozy tak konczac, Armiji zwyciestwem
Dech wydal ostatni Seneszal przeslawny

Odeszli zolnierze, Rycerze zostali
By warte przy zwlokach Irona odbywac
W tych gorach, co wiecznym dla niego juz domem
Na szczycie co Klami go zowia Smoczymi…

Tren dla Elspeth

Gdys zlaknion powiesci
O zyciu zlamanym
Chodz, sluchaj wedrowcze
A nie trac ni slowa

Mlodziutkiej dzieweczki
Nic zycia przecieta
Amanta, ktorego
Nie chciala, dzialaniem

Miloscia niechciana
Do smierci popchnieta
W wod odmet Pontaru
Swe zycie oddala

Wlos rudy na wodzie
Sie lekko unosi
A cialo jej smukle
Na kamieniach lezy

Zalotnik natretny
Co slow jej nie sluchal
Zadreczyl nieszczesna
Niewczesnym afektem

A jego upartej
Slepej namietnosci
Smierc Elspeth, cnej radnej
Przesmutnym efektem

Wiec zegnaj mi siostro,
Cos w smierc udreczona
Wybrala fal zimno
Spoczywaj w pokoju!

 

Written by Srebrna

2014/04/05 at 17:40

Posted in Poems

Tagged with , , , , , , , , ,

[PL] Wiersze pisane dla Berserkerów – 2

leave a comment »

Druga porcja

Zywiolow moc

Stu wiatrow warkocze splecione
Jak koni dzikich grzyw fala
Smagaja, nad morze wzniesione
Wysp twarde i mocne skaly

Morz fale, co boja o piasek
W zawody by z wiatrem isc chcialy
Na brzeg wdzieraja sie dumny
Kto pierwszy sie wedrze na waly

Tu zywiol z zywiolem walczy
Tu moc z inna moca sie splata
Kazda z nich czegos sie uczy
Lecz nauka trwa wieki, nie lata

Fal grzbietow nie przegoni wiatr
A one bez niego nie zyja
Wiec gnaja wraz z soba, o tak
Morze szumi, a wichry wyja

Lecz rankiem znow wzejdzie slonce
Osuszy zimno promieniem
I tak skaly z morzem, z cieplem wiatr
Nie wygra, nie przegra – istnieja…

Zamek

Najstarsze, najczystsze, najglebsze
Morze pod skala Ard Skellige

Najtwardsze, najwieksze, najbielsze
Wyspy nad morza otchlania

Najszerzej dzis w piesni mojej
Nie skaly, nie morze opiewam

Lecz Zamek, co gora, nad wszystkim
Sie wznosi, Wyspami wladajac

Te mury, wrogom niedostepne
Te wieze, gdzie mewy siadaja

Nikt dalej niz stad nie obejmie
Dziedziny swej okiem smialym

Gdy stoisz na szczycie najwyzszym
To jeno ci skrzydel potrzeba

By wzleciec… nic wiecej, bys z mewa
W zawody z ochota sie puscil

Gdy w burzy czas statki w zatoce
A szczury ladowe w swych domach

Chodz tutaj! Tu, ponad chmurami
Jestes jak krol, burzy wladca

Zas kiedy slonce na wschodzie
Rozowi chmury poswiata

Stoj na wiezy wschodniej, a ujrzysz
Jak pierwszy swit swiata jutrzenke

Krwi czerwien, rozlana w chmur puchu
W zachodu czas mozna zobaczyc

Nadzieja cie jednak natchnie
Wszak slonce znow wstanie, na wschodzie

Jak pierwsze z morskiej otchlani
Ostatnie skaly te beda

Ostatni zmrok, swit ostatni
Tu Hemdall w Rog konca zadmie…

Walka

Na Skellige wrog!
Wre ciezki boj,
A mewy – roj –
– nad miasta wiez
Wierzcholki dzis
Unosza sie.
Gdy honor Wysp
Zagrozon jest
To kazdy do
Walki rwie sie.
I nawet skald
Choc diabla wart
To lutnie swa
W kat zlozy dzis.
Sztyletow dwoch
Dobedzie wnet
I zoczy wrog
Iz kazdy tu
Niewazne, jak
Wysp bronic chce…
Piesn konczyc czas –
– wszak walka wre!

Skarga Narzeczonej

Moj mily odplywa dzis
Dalekie wzywa go morze
Na brzegu mi jeno siasc
I plakac nad woda zielona

Warkocze dlugie splatam
Czern chusty ramiona kryje
Nie mowcie dzis do mnie nic!
Gdy wroci, barwna wdzieje suknie

Lecz mija czas, dni plyna
Jak fala, piana zwienczona
Ni slowa, wiesci, ni znaku
Pograza sie serce w zalobie

W noc kazda sny gnebia mnie
Snie o syrenach, potworach
Otchlani, glebi… tchu brak
Mysl sama przytomnosc odbiera

Moj mily nie wroci juz
Statek do portu dzis wplynal
Och, zyje, rzecz jasna, lecz
Juz w innych ramionach utonal

Każdy ma prawo do odrobiny egocentryzmu :>

Skald Skellige

Kolysanie mnie usypia swoja miekka piosnka,
Poklad dzis mi zastepuje niebo nad ma wioska.
W morze dzisiaj wyplynelam, choc to pech podobniez,
Jak to mowia, miec na statku niewiaste niedobrze.

Lecz nie sarka nikt po katach, nikt w lewo nie spluwa,
Nikt dzis nie ma czasu – poklad fal masa zalewa,
Jednak wola mnie komendant i rozkaz wydaje,
Bym sie wziela do roboty, bo sil im nie staje.

Tedy biore me narzedzia i staje do boju,
Lecz nie! Nie z przeciwnikami… ze zmeczeniem w znoju,
Piesn ma wznosi sie nad fale, dodajac odwagi,
Sily, mocy, odpornosci… i wladzy powagi.

Sluze Komendantom wszystkim, jestem Skaldem Skellig.
Jestem… jestem tylko piesnia. Na nic wiecej nie licz.
Serce moje w morzu chowam, fale ukochalam
Talent tylko im oddaje i – na smierc – swe cialo.

Ni potegi nie mam zadnej, nizli tez i sily
Jeno upor nieslychany i do walki milosc.
Bic sie i za Skellig umrzec – oto moje credo,
Tedy walcze, spiewam, gine… Wziac sie zywcem nie dam!

Przekleństwo

Fal poszum pokladu kolebka
Przechyla ze wschodu na zachod
Swietla blask chwiejnie z malej lampki
Na glowe ma pada schylona

Drza struny, bo piesni sa pelne
Drza palce, do grania gotowe
Drza usta, by slowa wymowic
Drza deski okretu, czekajac

O sciane sie lekko opieram
Pewniejsza mi ona niz kamien
Choc przechyl niejedna by sploszyl
Na miasto juz go nie zamienie

Bo w zylach mych fala juz spiewa
Sol we krwi, krzyk mew w uszach moich
Przechylu rytm w mym poruszeniu
A milosc do morza w mym sercu

Gdym raz na nabrzezu ujrzala
Okrety, ich zagle, ich burty
A mewy glos nisl sie po falach
Nie bylo juz dla mnie odwrotu

Kto bowiem w noc Saovine ujrzy
Cel zycia swoj odtad najwiekszy
Nie spocznie nim go nie osiagnie
Przeklenstwo mu legnie na duszy

Mnie wlasnie tak fale urzekly
Gdym byla jesienia na Skellige
I swiata juz poza Wyspami
Znac nie chce, nie musze, nie bede

Powrót

Dzis fala o burte uderza lagodna
Do domu powraca juz Armia
Gdzies w gorze kolysze sie mewa swobodna
Zmierzch wolno sie kladzie na skalach

W czekaniu na powrot zamarly juz Wyspy
Krzatania ucichly odglosy
Sluzacy osadza pochodnie w uchwycie
Nad portem, na Schodach – tlum osob

Jak okiem jastrzebia wypatrzec chca, musza!
Czy wraca ich maz, druh, kochanek?
Czy w szczesciu wnet za nim na Zamek, het, pojda
…Trwac bedzie dzis uczta po ranek…,

Port czeka, tysiacem pochodni rozswietlon
Az wroca zmeczeni, lecz w chwale
Wszak nie ma zwatpienia – ci zawsze zwyciezcy
Co Skellige chowaja ich skaly

Lecz oto przybija juz don pierwszy drakkar
I kobiet szloch slychac na brzegu
Wysiedli, komendant na czeli, a oni
Tuz za nim, w nierownym szeregu

Powoli na schody wstepuja, z powaga
Witaja ten tlum, co sie zebral
I ida, jarlowi czesc oddac, lecz zawsze
Najwiekszy wsrod nich ich prowadzi

On pierwszy przed jarlem sie skloni, zda raport
Przypomni o tych, co nie wroca
Gdy lupem pochwala sie statkow dowodcy
Wraz w sali na uczcie zasieda

I juz wspominaja swe czyny, odwage
I piwa leja sie rzeki
Lecz konczyc juz bede ballade, bo wina
Mi leja…. czas spoczac truwerce

Written by Srebrna

2014/04/05 at 00:00

Posted in Poems

Tagged with , , , , , , ,